Sposobów na oszczędną i ekologiczną jazdę jest tyle, ilu jest kierowców. Ekologią interesują się nieliczni, natomiast oszczędną jazdą – coraz większa grupa właścicieli pojazdów. Ceny paliw płynnych rosną szybciej niż objętość naszych portfeli. Konstruktorzy dwoją się i troją, aby ograniczyć łakomstwo silników poprzez zmniejszanie ich pojemności, zachowując przy tym dużą moc. Niestety odbywa się to kosztem trwałości. Promowane są „alternatywne” źródła napędu – gaz, prąd a nawet … sprężone powietrze. Są to jednak wciąż drogie technologie.
Chcąc sprostać oczekiwaniom wielu stron, w tym m.in. ekologów i klientów, ale jednocześnie pozostawić Amerykanom typowe cechy tamtejszej motoryzacji, u progu kryzysu naftowego wczesnych lat 70-tych wymyślono idealne (?) rozwiązanie na pogodzenie wszystkich stron. Zamiast promować mniejsze i wydajniejsze silniki zaczęto redukować moc dotychczasowych. W ten sposób otrzymywało się bardzo (zdaniem inżynierów) ekologiczny pojazd o względnie (?) przyzwoitej dynamice, osiągający raczej przyzwoite (?) prędkości, ale jednocześnie oszczędny i spełniający ostre normy spalania.
Oczywiście nie była to dobrowolna zmowa producentów a odpowiedź na absurdalne przepisy „Ustawy o czystości powietrza”. Nowe normy czystości były bardzo rygorystyczne i zmuszały do wyraźnego ograniczenia emisji gazów cieplarnianych. Także tych, emitowanych przez wielkie 8 i więcej – cylindrowe silniki. Ustawę kongres uchwalił w 1970 roku a dostosowanie do jej nowych przepisów zajęło producentom dwa lata. Nie, nie zmniejszyli silników na wzór Europy czy Japonii, ale sięgnęli po technologię znaną 40 lat wcześniej.
W praktycznie każdym nowym modelu na rok 1973 wyprodukowanym w Ameryce pojawiły się silniki o osiągach rodem z lat 30 – tych. Przykłady: silnik Forda o pojemności 4.1 dm3 o mocy 96 KM lub AMC 3.8 litra o mocy 86 KM miały zagwarantować niskie zużycie paliwa. Udawało się osiągać wartości rzędu 7-8 litrów na 100 km (przy jednostajnej jeździe po highway), ale dynamika? Wcale jej nie było. Rodzinne produkty AMC nie musiały osiągać dużych prędkości, ale Ford Mustang z trudem osiągający 80 MPH? Klienci nie byli tym zachwyceni.
„Superoszczędny” Mustang
Źródło: mustangattitude.com
„Odchudzanie” mocy zaszło aż tak daleko, że w przypadku silnika AMC, który w zależności od wersji dysponował od niecałych 140 do 155 KM, uzyskiwano zaledwie 80-90, ale moment obrotowy nadal był wysoki. Różnica pomiędzy osiągami AMC Javelina z 232 – calowym silnikiem a Pacerem wyprodukowanym kilka lat później była przepastna i to pomimo podobnej masy i tylnego napędu w oby dwóch pojazdach. Czego się nie robi w imię ekologii i niskiej emisji gazów? Robi się … tuning, bo ustawa dotyczyła tylko nowych samochodów.
Silnik AMC o poj. 258 cali i tylko 114 KM
Źródło: curbsideclassic.com
W zamian za znaczną utratę osiągów należało oczekiwać dużej trwałości. Ale nic z tego. Ówczesna amerykańska jakość, a raczej jej zupełny brak, powodował wysoką awaryjność słabych i mocno przestarzałych technologicznie ogromnych silników. Chcąc uzyskać jakiekolwiek przyspieszenie należało naciskać mocno na pedał „gazu”. Przez to silnik cierpiał katusze a efekt i tak był mizerny. Spalanie nadal było wysokie. Niestety dla amerykanów był to jedyny sposób pogodzenia oczekiwanych dużych pojemności i niskich norm emisyjnych.
Dopiero w latach 80-tych zaczęto porzucać ten niedorzeczny trend na rzecz nowoczesnych 4-cylindrowych silników, które pomimo małych (jak na USA) pojemności, dysponowały mocą podobną do „odchudzonych V – ósemek”. Momentem zwrotnym w sposobie projektowania amerykańskich jednostek napędowych był silnik skonstruowany przez GM noszący nazwę „Iron Duke”. Ford wprowadził do swoich modeli turbodoładowane silniki, ale w USA nie zdobyły one zainteresowania, gdyż były bardzo awaryjne a ich apetyt był porównywalny z dużymi silnikami.
Dziś w wielu amerykańskich samochodach osobowych rezygnuje się z dużych silników na rzecz tych wzorowanych na europejskich konstrukcjach a „big block” pozostaje źródłem napędu pojazdów użytkowych oraz kilku bardziej znanych „muscle cars”. Coraz częściej do oferty wprowadzane są hybrydy i auta elektryczne, choć amerykanie na pewno nigdy nie zrezygnują z dużych pojemności na rzecz dźwięku odkurzacza i nerwowego spoglądania na zasięg baterii.

Z wykształcenia menedżer motoryzacji i informatyk, z zamiłowania historyk techniki i pasjonat starej motoryzacji. Maniak nowoczesnych technologii. Podobno zdolny autor tekstów (m.in. dla Continental Polska i Allegro). Czasem bloger i nauczyciel blogowania. Człowiek renesansu. Nauczyciel w zduńskowolskim „Elektroniku”.








