Kierowcy prowadzący na tzw. „podwójnym gazie” nie są wcale zjawiskiem nowym a problem istnieje tak długo jak masowa motoryzacja. Gdy pierwsze automobile pojawiły się na drogach wielu ówczesnych kierowców nie zważało na ten problem. Nawet ówczesne oddziały drogowe nie miały jeszcze skutecznego narzędzia do oceny stanu trzeźwości kierującego. Jedynym kryterium było to, czy ów zatrzymany przez „drogówkę” delikwent mógł prosto stać i przejść kilka kroków a przecież prowadzenie pojazdu wymaga znacznie większej sprawności i doskonałej koncentracji uwagi.
Pierwsze przepisy, które nakładały karę grzywny za jazdę po pijaku wprowadzono na początku XX wieku. Pierwszym krajem, gdzie uznano ten fakt za poważne przestępstwo była Wielka Brytania. Stało się to w 1925 roku. Dwa lata później amerykański wynalazca Emil Bogen na podstawie prostego badania stwierdził, że z wydychanego powietrza można uzyskać podobną ilość alkoholu, jaką można zmierzyć podczas badania płynów ustrojowych w laboratorium. Było to podstawą do wynalezienia pierwszego urządzenia o nazwie, a jakże, „Drunkometer”.
Badanie trzeźwości za pomocą urządzenia „Drunkometer”
Wynalazek profesora Hargera posiadał balon oraz ampułkę z nadmanganianem potasu. Po połączeniu powietrza z tym związkiem chemicznym zmieniał się kolor substancji co oznaczało stan upojenia alkoholowego. Wynalazek z 1931 roku zaczęto produkować w 1936 roku a dwa lata później był w użytku większości amerykańskich stanów. Co ciekawe, mierniki tego rodzaju były używane w „Demoludach” jeszcze w latach 80-tych. Znacznie bardziej higieniczny i dokładny sposób opracowano w latach 40-tych a wykorzystano w tym celu … fotografię i zasady wywoływania zdjęć.
Rok 1953 okazał się dla kierowców ostatnim, w którym można było (prawie) bezkarnie jeździć na tzw. „rauszu”. Rok później skonstruowano pierwszy, już mobilny tester trzeźwości, którego odczyt był natychmiast możliwy i można było w ten sposób szybciej i skuteczniej walczyć w pijanymi kierowcami. Ustalono, że około dwa litry objętości powietrza są równoważne z 1 ml krwi. W aparacie znajdowały się światłoczułe odczynniki chemiczne oraz mechanizm odczytujący zaczernienie spowodowane wydychaną dawką alkoholu. Na tej podstawie natychmiastowo uzyskiwano wynik.
W taki sposób powstał pierwszy „prawdziwy alkomat”. Wynalazek zmontowano w stanie Indiana z inicjatywy profesora Roberta Borkensteina, który oprócz zamiłowania do łapania przestępców był także domorosłym wynalazcą. Wymyślony przez niego aparat co prawda wymagał zewnętrznego zasilania, był wymiarów skrzynki z narzędziami i posiadał regulator czułości urządzenia, ale już działał. Po przekroczeniu ustalonej dawki zapalała się czerwona lampka sygnalizacyjna a kierowcę czekał pobyt w okolicznym hotelu (z kratami zamiast okien) lub wysoki mandat.
Robert Borkenstein (na środku zdjęcia) i jego alkomat
Autor alkomatu przyczynił się także do powstania pierwszych norm spożycia alkoholu. Miernik w pierwszym urządzeniu, choć jeszcze niedokładny, pozwalał na rozróżnienie osoby „po dwóch kielichach” od „kogoś”, kto raczył się cała butelką trunku. Wraz z rozpowszechnieniem wynalazku zaczęto zbierać i porównywać statystyki. 10 lat po opracowaniu tego rewolucyjnego urządzenia Borkenstein przeanalizował statystyki, po których doszedł do wniosku, że stężenie 0,8 promila jest wartością krytyczną i większe uniemożliwia prowadzenie jakiegokolwiek pojazdu mechanicznego.
Wartość przyjęła się w większości krajów zachodnich, choć niektóre uznają 0,5 promila lub całkiem zakazują jazdy na rauszu. W Polsce dozwolone jest 0,2 promila. Z czasem w pewnych krajach ustalono, że jedynie wynik „0,0” będzie akceptowalny i nawet „jeden kielich” będzie podstawą do zatrzymania uprawnień. Wynalazek Borkensteina przetrwał bez większych zmian 30 lat. W tym czasie pojawiły się pierwsze prototypy działające o „spektrofotometrykę” – czyli w oparciu o IrDA (fale podczerwone). Była to rewolucja, która wprowadziła alkomaty w XXI wiek.
I one znacznie ewoluowały – potrzebują znacznie mniej powietrza do pomiaru a wskazanie jest bardzo precyzyjne (w promilach lub miligramach). Najnowsze są alkomaty półprzewodnikowe, do których należy m.in. iBLOW używany przez polską „drogówkę”. W tym wynalazku alkohol zostaje zamieniony w … kwas octowy, którego proces parowania uwalnia elektrony. W tym procesie powstaje prąd elektryczny, wzrasta oporność półprzewodnika. Odczyt tej wartości jest zamieniany w wartość stężenia alkoholu. Prawda, że proste? Sercem takiego alkomatu jest precyzyjna elektronika.
iBLOW – policyjny alkomat przesiewiowy
Wraz z rozwojem alkomatów rośnie również ilość prób oszukania wskazań tego urządzenia. Niestety (czyli „stety”) żaden z nich nie jest w pewni skuteczny. Żaden czosnek, cebula, hektolitr wody – mogą nieznacznie obniżyć wartość wskazania, ale są to zabiegi nieskuteczne na tyle żeby obniżyć wskazanie o promil czy dwa. Jakie będą alkomaty w przyszłości? Będą bardziej dokładne, mniejsze i bardziej dostępne. Urządzenie to nie tylko stało się atrybutem każdego policjanta z „drogówki”. Dziś może je kupić każdy, za stosunkowo niewielkie pieniądze.
Najprostsze alkomaty można dziś kupić już za 100-200 zł. Należy pamiętać, że nie są tak dokładne jak sprzęt używany przez „drogówkę” i wymagają okresowej kalibracji. Alkomaty coraz częściej są wbudowane w układy rozruchu pojazdów, czego przykładem były ostatnie modele marki Saab. Z inicjatywy Saaba kilka lat temu pojawił się tzw. „alkokey” – tester trzeźwości wbudowany w kluczyk od samochodu, ale nie zdobył uznania. Nie każdy chciał „dmuchać” przy każdym uruchomieniu silnika. Szczególnie, że na jednego „na podwójnym gazie” przypadają tysiące tylko na „jednym”.

Z wykształcenia menedżer motoryzacji i informatyk, z zamiłowania historyk techniki i pasjonat starej motoryzacji. Maniak nowoczesnych technologii. Podobno zdolny autor tekstów (m.in. dla Continental Polska i Allegro). Czasem bloger i nauczyciel blogowania. Człowiek renesansu. Nauczyciel w zduńskowolskim „Elektroniku”.









