… To stało się normą w latach 40-tych. Ogromne zderzaki wydłużały samochody o nawet 40-50 cm i zaburzyły proporcje nadwozia. To wpłynęło na sposób projektowania i kolejne centymetry dodawane do długości. Najdłuższe limuzyny przekraczały długością 6 metrów, najkrótsze konstrukcje powróciły do rozmiarów znanych z pierwszych lat motoryzacji. Najdłuższe oczywiście były amerykańskie krążowniki marek Lincoln i Cadillac.
Lincoln LH z 1946 roku miał długą maskę, pod nią 12 cylindrów i nadwozie typu fastback rozpoczęte i zakończone chromowanym „taranem” (zderzakiem o rozmiarach pługa śnieżnego). Długość całkowita 5,54 m była typową wartością w segmencie amerykańskich pojazdów luksusowych, ale w kolejnych latach nadwozia były coraz dłuższe. W USA długość wtedy miała znaczenie.
Długi Lincoln
Źródło: Vintage Car Collector
MG TD z 1950 roku to klasyczny brytyjski „otwarty dwumiejscowy” czyli lekki, sportowy roadster z miękkim dachem. Długa maska, krótki przedział pasażerski i długość 3,68 m – przeciętna dla tego rodzaju pojazdów. Swoją „krótkość” zawdzięcza krótkim silnikom i ciasnej przestrzeni pasażerskiej. Morgan był dłuższy, ale miał większe silniki. To długość współczesnej Toyoty Aygo.
Krótkie MG
Źródło: PostWarClassic
Zundapp Janus z 1957 roku mieści 4 osoby a ma jedynie 2,89 m długości. Nie ma wyraźnie zaznaczonego przodu i tyłu. To najkrótszy 4-osobowy czterokołowiec z lat 50-tych z rozwiązaniem rodem z przełomu XIX i XX wieku – układem siedzeń „vis-a-vis”. Nawet Fiat 500 był dłuższy. W przeciwieństwie do Fiata, każdy centymetr długości wykorzystano na potrzeby pasażerów.
Zundapp Janus
Źródło: własne
Peel P50 z 1962 roku ma długość 134 cm z czego przód ma długość 20 cm. To najkrótszy pojazd silnikowy z zamkniętym nadwoziem. Skutery i motocykle często są krótsze. Trudno o mniejszą długość, na której można wygodnie zmieścić podstawowe podzespoły pojazdu i przynajmniej jedną osobę. Na drugim „biegunie długości” był największy Mercedes dostępny tylko dla wybranych.
Peel P50
Źródło: SmartAge.pl
Mercedes W100 Pullman z 1964 roku ma długość 6,24 m. To pół metra więcej niż typowy amerykański „ponton” z lat 60-tych. To pojazd luksusowy i jednocześnie najdłuższy model oferowany przez europejskiego producenta w tym czasie. Nawet Rolls-Royce budowany na zamówienie był krótszy, ale to jeszcze nie koniec. W USA pojazdy niższej klasy potrafiły być znacznie dłuższe.
Największy Mercedes
Źródło: Mercedes
Cadillac serii 75 produkowany od 1971 do 1977 roku miał wiele przedłużanych wersji. Najdłuższa wersja limuzyny wyprodukowana w fabryce General Motors mierzyła 640 cm. Na tak imponującą długość składał się przód o długości prawie dwóch metrów, wydłużona przestrzeń dla pasażerów i imponującej długości bagażnik. To było prawie 2 razy tyle co małe europejskie samochody do miasta.
Cadillac serii 75
Źródło: Wikimedia
W tym czasie europejskie samochody segmentu C miały długość 3,80 m, amerykańskie były dłuższe o 50-60 cm. Klasa średnia w Europie mierzyła około 4,30-4,50 m a amerykańskie przekraczały 5 metrów. Normą było 5,1-5,2 m. Na długość amerykańskich krążowników składały się długie komory silników, płaskie i długie bagażniki oraz potężne „pięciomilówki” chroniące przed skutkami zderzeń. Ewenementem w skali światowej był segment MPV.
Chrysler Voyager z 1984 roku i jego 450 cm długości, które optymalnie wykorzystano. Krótki przód i kanciaste pudło za nim. Proporcje dostosowane do jak najlepszego wykorzystania przestrzeni i jednoczesne zachowanie „typowych” kształtów. To już nie był „Ogórek”, którego wykorzystano każdy centymetr. Miał przypominać podwyższone kombi a nie mikrobus w układzie „Forward Control”. Tyle samo przestrzeni oferowało nowe amerykańskie kombi.
Chrysler Voyager
Źródło: Automdb
Chevrolet Caprice Wagon IV z 1990 roku to rekordzista w segmencie kombi. W latach 90-tych nie było nic dłuższego – 552 cm. W tym przypadku na długość składał się długi przód i imponująco długi tył mieszczący w bagażniku dodatkową składaną ławkę. Długość przestrzeni pasażerskiej nie była imponująca. Proporcje typowe dla amerykańskich krążowników przetrwały do końca pierwszej dekady XXI wieku.
Chevrolet Caprice Wagon
Źródło: Wikimedia
Fiat Cinquecento z 1991 roku to najkrótszy 4-osobowy samochód lat 90-tych. Z długością 323 cm był krótszy od najkrótszych samochodów segmentu B o 30 cm. Wszystko dzięki optymalnemu wykorzystaniu długości na rzecz przestrzeni pasażerskiej. W skrajnym przypadku to zaledwie 10 cm różnicy względem „Malucha”. Kolejnym rekordzistą w tej klasie było Twingo – mistrz w wykorzystaniu przestrzeni.
Fiat Cinquecento
Źródło: Szafran Inwestycje
Smart For Two z 1998 roku miał 250 cm długości a pomimo tego mógł zapewnić dobry poziom bezpieczeństwa. Jednobryłowe nadwozie miało krótki przód i długie drzwi a długość przestrzeni pasażerskiej była taka jak w segmencie C. Francuskie mikrosamochody miały podobne wymiary, ale to Smart był uważany za „prawdziwy samochód” a nie „plastikowy wychodek na kołach”.
Smart For Two
Źródło: Automoli
Maybach 62 z 2002 roku z długością 617 cm wygrywa statystyki początku XXI wieku. Długi przód z potężnymi zderzakami i długość przedziału pasażerskiego równa całkowitej długości samochodu segmentu B. W tym czasie nawet Lincoln Town Car był krótszy. Długi, wielki, z długimi tylnymi drzwiami. Maybach nowej generacji to prawdziwy gigant, ale wkrótce miał rywalizować z potężnym przeciwnikiem.
Maybach 62
Źródło: Auto Katalog
Prawie 4 metry różnicy to rekord. To również pierwszy taki przypadek, gdy Europa wygrywa z USA. Dwa samochody na jednym miejscu parkingowym lub jeden, którego bagażnik wystaje metr za białą linię. W USA najkrótsze były Kia Pride i Geo Metro mierzące 3,5 długości (Kia i Suzuki z innym znaczkiem). Amerykanie nie byli skłonni ich zamawiać. Dla nich wszystko, co miało poniżej 4,5 m długości było za małe i było obiektem drwin. Stan ten zmienił się kilka lat później.
Podobne wpisy:
Dlaczego prowadzenie bloga to taka ciężka praca?
50 zabytkowych (i nie tylko) pojazdów, którymi warto przejechać się w życiu, #1
Norma i jej samochody
Bajka pt. "Polak potrafi", część piąta (poprawiona)
Z klasą po autobahnie, czyli czym (nie)warto przejechać się po niemieckiej autostradzie, #1
Klasyk w "kreskówce" - część trzecia
Irvin Rybicki - nasz człowiek w Detroit
Klasyczne blaszaki. Część czwarta i ostatnia
Klasyczne motorowery i skutery. Część pierwsza

Z wykształcenia menedżer motoryzacji i informatyk, z zamiłowania historyk techniki i pasjonat starej motoryzacji. Maniak nowoczesnych technologii. Podobno zdolny autor tekstów (m.in. dla Continental Polska i Allegro). Czasem bloger i nauczyciel blogowania. Człowiek renesansu. Nauczyciel w zduńskowolskim „Elektroniku”.

















