Historia z kołem w tle

Historyczny Motoblog

Cadillac wśród minivanów

Czy minivan musi być „autem mamuśki”? Otóż nie. Przecież rodzinny transporter wcale nie musi prowadzić się jak balia na wzburzonym morzu a jego wygląd może być atrakcyjny. Z takiego założenia wyszli również konstruktorzy i styliści koncernu GM przy opracowaniu limuzyny wielkopojemnej nowej generacji, nad którą zaczęli prace na początku lat 80 – tych. Widząc ogromny sukces Chryslera Voyagera należało zbudować auto równie funkcjonalne, ale bardziej nowoczesne i lepiej wykonane bez drewnianych oklein i chromowanych ozdób jak u Voyagera.

Przedstawiony w 1986 roku prototyp był zapowiedzią stylistyki nowego vana. Naszpikowana elektroniką kabina przypominała kadłub luksusowego śmigłowca. Auto było bardzo przeszklone, niższe od Voyagera i miało przedni napęd. Drzwi boczne (tylko z prawej strony) miały otwierać się do góry, co okazało się za drogie w produkcji i niezbyt praktycznie. Pomimo rezygnacji z części innowacji nowy minivan GM chciał udowodnić, że nie wcale jest zwykłym vanem a sportową limuzyną zamkniętą w obszernym jednobryłowym i jednocześnie sportowym nadwoziu.

Prototyp z 1986 roku – widok z przodu i deska rozdzielcza (poniżej)

Źródło: highperformancepontiac.com, hotrodmag.com

W 1989 roku auto zyskało ostateczną formę i zostało przedstawione potencjalnym klientom. Ci byli mile zaskoczeni. Zamiast ogromnego pudła na kołach – jednobryłowa, niska karoseria z dużymi szybami, niskim przodem i dużym wlotem powietrza. Wnętrze było nieco niższe niż w konkurencyjnym Voyagerze, ale o wiele lepiej wykończone. Do niego można było się dostać przez duże drzwi przednie lub przesuwne tylne (tylko z prawej strony). Przy zajętych wszystkich miejscach bagażnik był symboliczny, ale po pozostawieniu tylko dwóch foteli uzyskiwało się więcej miejsca niż w dużym kombi.

Nie obyło się bez oryginalnych dodatków, w tym gadżetów elektronicznych. Otwierane z pilota dołączonego do kluczyka drzwi nie były niczym niezwykłym. Dla tych, którym nigdy nie chciało się przekręcać kluczyka w stacyjce przygotowano opcję uruchamiana silnika zdalnie. Zamiast odbywać „ceremonię” wsiadania, zapinania pasów i uruchamiania silnika można było spowodować siwiznę naszego sąsiada już po jednym naciśnięciu przycisku. Takiej opcji nie oferowało nawet Renault w najdroższej wersji swojego Espace – czyli w wersji Baccara.

Prowadzenie „wielkopojemnego Rollsa” było łatwe, choć widoczność z miejsca kierowcy nie najlepsza. Przeszkadzały podwójne przednie słupki oraz środkowy o znacznej szerokości. Zawieszenie nie było „po amerykańsku” miękkie, ale nadal było dalekie od europejskiego „poziomu sztywności”. Pomimo tego auto pewnie pokonywało ostre zakręty a przechyły były o wiele mniejsze, niż te u konkurenta spod znaku pięcioramiennej gwiazdy. Dzięki temu pojazd szybko zyskał miano „sportowego MPV” – miał najlepsze osiągi w swojej klasie.

Jako, że projekt był pomysłem GM, oprócz Pontiaka do oferty wprowadzono bliźniacze modele – tańszego Chevroleta Luminę Minivan i luksusowe Oldsmobile Silhouette, które poza kilkoma elementami wyposażenia i znaczkiem firmowym nie różniły się od Pontiaka. Naszpikowane elektroniką Oldsmobile było przeznaczone dla wymagającego klienta. Pontiac szczycił się tym, że najmocniejsza wersja Trans Sport jest napędzana silnikiem używanym w sportowym Firebird. Ofertę Chevroleta otwierał 4 – cylindrowy silnik z awaryjnej serii Quad4.

Trans Sport pierwszej serii

Źródło: cars.com

„UFO” – tak potocznie nazwano ten model, miał całkiem zwyczajny napęd. Pod maską nie było żadnych reaktorów, turbin ani nawet silnika rakietowego a zwykły silnik benzynowy o 6 – ciu cylindrach i mocy od 122 do 172 KM czerpanych z poj. 3,1 lub 3,8 dm3. Gdy nowego Pontiaka zaczęto sprzedawać w Europie miał pod maską już tylko 4 cylindry, moc 122 KM czerpaną z silnika o poj. 2.2 dm3 i ręczną skrzynię biegów. Amerykańska wersja dostępna była tylko ze skrzynią automatyczną. Klienci szybko uznali, że 122 KM to za mało dla tej konstrukcji.

Pomimo początkowej euforii okazało się, że Trans Sport poza efektowną sylwetką, bogatym wyposażeniem oraz kilkoma gadżetami nie jest żadną rewelacją. Mechanika nie była doskonała a jakość wykonania wbrew zapewnieniom marketingowców nie przewyższa innych konstrukcji GM tamtego okresu. Na szczęście Trans Sport był bardzo odporny na korozję. Na jego karoserii nie było cynku ani żadnej powłoki ochronnej. Dla uzyskania niskiej masy całe nadwozie wykonano z tworzyw sztucznych i wzmocniono ramą przestrzenną opartą o wzmocnioną płytę podłogową.

Najbardziej luksusowa wersja „trojaczków”, czyli Oldsmobile Silhouette zagrało w filmie „Dorwać Małego” u boku Johna Travolty. Tam określono je jako „Cadillaka wśród minivanów” – tak główny bohater usprawiedliwiał wybór swojego pojazdu. Trudno o lepszy opis, gdyż modele z końca produkcji były bardzo bogato wyposażone i nawet „typ spod ciemnej gwiazdy” byłby zadowolony z wyboru. Ciekawą opcją było regulowane tylne zawieszenie, podobne do tego stosowanego w … Mercedesach T. Oprócz tego wprowadzono dwukolorowe malowanie i złoty kolor felg.

„To jest Cadillac wśród minivanów”

Źródło: curbsideclassic.com

Co ciekawe, po pierwszych dwóch latach euforii Amerykanie zaczęli tracić zainteresowanie. Europejczycy – wprost przeciwnie. Pomimo braku silnika wysokoprężnego i słabej ekonomii znaczna część produkcji trafiła na rynek europejski i jedynie tu poziom sprzedaży był zadowalający. Modele z ostatnich dwóch lat produkcji miały przód skrócony o 8 cm a nowa 4 – biegowa przekładnia automatyczna poprawiła wyniki spalania. Zrezygnowano z awaryjnego 4 – cylindrowego silnika. Ostatnie sztuki amerykańskiego „UFO” dla rodziny wyjechały poza bramy fabryki w 1998 roku.

Następna generacja minivanów GM była bardziej konwencjonalna. Nowe auto, które w Polsce było oferowane także jako Opel Sintra nie zyskało wielu klientów. Amerykanie wcale nie byli nim zachwyceni a Europejczycy narzekali na duże spalanie, słabą jakość wykonania i wysoką awaryjność. Nawet poziomem bezpieczeństwa, pomimo znacznej masy i rozmiarów, nie dorównywał Seicento. Obecnie GM nie oferuje nic, co mogłoby zastąpić „kosmiczne trojaczki” a zamiast tego oferowane są 7 – miejscowe SUV-y. Niestety już z blaszaną karoserią.