Używany jak nowy

przez | 24 stycznia, 2022

Jazda samochodem używanym jest dla jednych koniecznością, dla drugich – kalkulacją. Masz kilkunastoletniego Golfa? To konieczność bo zwyczajnie Ciebie nie stać na „nówkę sztukę” – tak twierdzą złośliwi. Dla ekologów „używany” oznacza mniejsze zużycie zasobów naturalnych – naprawiając używa się tylko kilku nowych części a nie całej tony stali, którą trzeba wytopić. Masz 8-letniego Forda? Wyrzuć go! Tak twierdzą specjaliści od cyklu życia produktu. Tymczasem powoli zaczyna się nowy trend – fabryczne odnawianie samochodów używanych.

Co? Istnieje wiele warsztatów, w których można odnowić samochód zabytkowy. Nie jest to usługa tania, ale specjaliści potrafią z „kupy złomu” złożyć jeżdżący egzemplarz wart miliony dolarów. Są to zwykle warsztaty prywatne a nie będące własnością producentów. Tymczasem taki Fiat i Renault chcą ten trend przenieść na samochody kilkunastoletnie. W tym celu opracowano technologię mającą dać drugą młodość nastoletnim Megane czy Bravo. Przyszłość motoryzacji to recykling i zarabianie kilka razy na tym co już wyprodukowano.

Jak to ma działać? Wyobraźcie sobie kilkuletni okres eksploatacji samochodu służbowego. To około 300 tyś. km w ciągu 3-5 lat. W tym czasie przynajmniej kilkukrotnie pojazd jest przeglądany w warsztacie i usuwane są najważniejsze usterki. Często po tym okresie jest w lepszym stanie niż roczny pojazd użytkowany w mieście. Co dalej? Zwykle taki samochód jest sprzedawany na rynek wtórny po rynkowej cenie. Trafia do sieci salonów pojazdów używanych a później użytkuje go statystyczna polska rodzina. W tym momencie pojawia się producent.

Dacia jak nowa?

Źródło: Renault

Producent chciałby dalej czerpać zyski ze sprzedaży. Po co prywatny warsztat ma zarabiać skoro to może zrobić fabryka? Przecież można go serwisować w fabryce. Tak myśli Stellantis i Renault, które prowadzą eksperyment polegający na taśmowym odnawianiu samochodów używanych. Jak to działa? Samochód przed rozpoczęciem procesu odnawiania jest badany przez fachowców. Ustalane są wszystkie czynności, dobierane są odpowiednie części, ustalany pierwotny kolor i sprawdzane są wszystkie elementy. Później zaczyna się recykling.

Pojazd zostaje rozkręcony na atomy. Wymienia się części eksploatacyjne, odnawia blacharkę i powłokę lakierniczą. Wymienia się porysowane plastiki i tapicerkę. Na koniec oczywiście kontrola jakości i aparat. Gotowy pojazd po odnowieniu podlega sesji zdjęciowej i trafia do klienta wraz z pakietem obsługi posprzedażnej – od gwarancji na 2 lata, przez możliwość najmu lub możliwość kolejnego odkupu pojazdu. W ten oto sposób nasze Bravo może służyć kilku kierowcom przez wiele lat. Jednak walka o klimat i portfel klienta ma drugie dno.

Za kilka lat spalinowa motoryzacja zacznie być zastępowana przez elektryczną. Ten proces już się rozpędza, ale za kilka lat będzie zjawiskiem powszechnym. Samochód elektryczny będzie można drogo produkować, drogo sprzedać i tanio odnowić. W fabryce wymienią kilka ogniw akumulatora, przejadą polerką całą karoserię i sprzedadzą elektryka jako nowy. Taniej? Nie. Szacuje się, że w ciągu następnych 10 lat ceny pojazdów podwoją się. Już dziś elektryczne odpowiedniki pojazdów spalinowych są dwukrotnie droższe od starych, nieekologicznych konstrukcji.

Jakie będą tego konsekwencje? Drożyzna i ograniczenie rynku usług. Niezależne warsztaty nie będą mieć zamówień. W praktyce oznacza to zamknięty obieg w obrocie dobrem. Fakt, pieniądz w gospodarce ma obieg zamknięty, podobnie dobra, ale konstruowanie przewagi dużych firm nad małymi zawsze niesie ze sobą przewagę wielkich firm i zamykanie małych, które nie mają podobnych możliwości. Zamiast do „Warsztatu u Heńka” oddamy naszą elektryczną „500-tkę” do „Fiat SPA” albo czegoś o podobnej nazwie. Oddamy, albo Fiat od nas wykupi.

Dzięki mądrości księgowych zarobi gigant, My będziemy cieszyć się kolejną odnowioną „używką” a „Heniek” trafi na bezrobocie i wkrótce zostanie florystą jak kilku stoczniowców po zamknięciu stoczni. To nie jest normalne. Normalne to jest wtedy, gdy jesteśmy w stanie zarobić na utrzymanie pojazdu i możemy zapłacić „Heńkowi” za części i jego cenny czas. On dzięki nam utrzyma swoją rodzinę i będzie w stanie płacić podatki w swoim kraju a nie w  rajach podatkowych. Tak to działa więc po co to zmieniać? Ważniejszy jest interes korporacji czy jednostki?

Czy znikną niezależne warsztaty?

Źródło: dobrymechanik.pl

Ekonomia i ekologia to nie to samo. Celowe mylenie pojęć to pole do nadużyć. Nadużyciem jest użytkowanie „15-latka” w złym stanie technicznym. Nadużyciem jest pozbawianie możliwości wyboru. To dzieje się teraz i będzie nam towarzyszyć na większą skalę. Firmy, które dostarczają nam samochody używane muszą przynosić ogromne zyski. To ten przykład zapewne wykorzystano i pomnożono przez efekt skali. Być może dlatego ich oferty znajdziemy niemal wszędzie. W Renault i Fiacie mają dobrych księgowych.

Dlaczego tylko Fiat i Renault? Tutaj pojawia się propozycja. Zanim zacznie się „bateryjna kosmetyka” proponujemy takie zakłady Volkswagenowi i wszystkim markom japońskim i oczywiście Mercedesowi. Odnowione 1.9 TDI „na pompie” będzie warte każdych pieniędzy. Podobnie dowolny „Japończyk” z pancernym silnikiem albo klasa G z nową „budą” – o ile będzie je można jeszcze sprzedać a nie zwrócić za grosze do producenta. Takie używane to my chcemy, ale niestety ekologia i tak je kiedyś załatwi jak i wszystko co piękne w motoryzacji.

Mówi się, że za kilkanaście lat producenci samochodów będą „dostawcami mobilności” czyli będą jedynie oferować usługi polegające na umożliwieniu przemieszczania się – zniknie własność, pojawi się abonament. Będzie strasznie. Chyba, że pozwolimy wyginąć wszystkim Fiatom i Renault. Wtedy nie będzie problemu. Problem pojawi się gdy Renault i Fiat zaczną odnawiać Toyoty, Mazdy i całą „Japonię” czy „Niemcy”. Tego Autor – zagorzały „JDM-owiec” nie jest sobie w stanie wyobrazić. Oby ten koszmar nigdy się nie spełnił.