Żeby zrozumieć istotę tego felietonu cofnijmy się do wczesnych lat 70-tych. Wtedy dzięki władzom (i nowemu „wspaniałemu” prawu) z prywatnych posesji zniknęło wiele pojazdów pamiętających lata przedwojenne. Na złomach pojawiło się wiele przedwojennych Fiatów, DKW czy Chevroletów. Wśród nich były również pozostałości po francuskich, brytyjskich czy amerykańskich luksusowych pojazdach, które po wojnie trafiły do Polski i przez lata były naprawiane metodami „garażowymi” aż w końcu zabrakło części. Tych nie było lub kosztowały fortunę.
O ile bogaci „fanatycy marek” byli w stanie pozwolić sobie na poszukiwania, o tyle większość nie mogła tego zrobić. W tym czasie propaganda sukcesu przysłaniała kryzys ekonomiczny i niewielu było stać na własny pojazd, który miał więcej niż dwa koła. Jeżeli „ktoś” naprawdę chciał wyremontować przedwojennego Buicka, Delahaye czy Bugatti (takie wraki znajdowano na prywatnych posesjach) musiał: a) mieć dolary, b) „znajomego” specjalistę za granicą, c) broń. Najlepiej wszystkie trzy, gdyż władza była nieugięta – miało być czysto, bez gratów w „obejściu”.
Czy dzisiejsze zadbane pojazdy zabytkowe podzielą los tych, które zezłomowano w latach 70-tych? Nie, gdyż w większości przypadków są to pojazdy zadbane służące do okazjonalnych „wypadów za miasto”, ich właścicieli stać na utrzymanie cennego klasyka. Gorsza sytuacja jest na obrzeżach rynku, gdzie znajdziemy ludzi aspirujących do grona posiadaczy – niezbyt majętnych spekulantów, którzy chcieli na 'Maluchu” lub Polonezie zarobić duże pieniądze. Niestety ich nigdy nie będzie a przynajmniej przez najbliższych kilka miesięcy. Przykro o tym pisać, ale …
„Kochaj, nie porzucaj”
Źródło: MotoFan
ale wielu z Nas straci duże pieniądze i z pewnością będziemy nakłaniani do sprzedaży yougtimerów po zaniżonej cenie. Taka sytuacja zawsze towarzyszy wojnie lub klęskom żywiołowym. Zapytacie – „jak to, przecież miały być zyski?”. Pamiętajcie, że „inwestowanie wiąże się z ryzykiem”. Ten cytat z reklamy kojarzymy głównie z reklam „podejrzanych” produktów finansowych – polisolokat, funduszy inwestycyjnych i podobnych im dziwnych „tworów” świata finansów. Takim „tworem” jest również zabytkowy pojazd, ale niewielu z Nas dostrzegało ryzyko.
To istniało, ale nikt nie spodziewał się, że będzie aż tak wielkie. Tymczasem „bańka” pękła i spekulanci potracili potencjalne zyski. Dlaczego „potencjalne”? W tym momencie należy sobie zadać pytanie – „czy w ogóle kiedykolwiek je mieli?”. Czy ulegli modzie a może uwierzyli w propagandę, że „starocie” to dobry środek tezauryzacji (przechowywania wartości)? Tego nie wiemy, ale liczono na to, że rynek skupia wokół siebie wielu majętnych ludzi. Okazało się, że ich jest niewielu a większość rynku to osoby aspirujące do tego grona (w mniemaniu pierwszej grupy – „Janusze towarzystwa”).
Jaka jest różnica pomiędzy jednymi a drugimi? Ci pierwsi zawsze mają pieniądze – gdy przestają być miliarderami stają się milionerami. Ci drudzy niestety są mniej odporni na kryzysy na rynku dóbr uznawanych za „luksusowe”, inaczej jak to się „ma” w przypadku dóbr ogólnodostępnych. Czy ten paradoks ekonomiczny przyczyni się do powtórki z lat 70-tych? Nie w tym przypadku. Wtedy pojazdy służyły jako „woły robocze”, dziś pojazdy zabytkowe służą niedzielnym wycieczkom po pustej drodze. To jest właśnie ratunek dla pojazdów, które dziś przechowuje się z myślą o zarabianiu.
Im nic nie grozi, z pewnością „przeżyją” najbliższe kilka miesięcy. To, że teraz ich nikt nie chce nie znaczy, że za rok ich wartość będzie nadal niska. Stopniowo będzie odbijać się od dna i znajdą się chętni. Przez najbliższe kilka miesięcy niestety trzeba będzie dołożyć – wymienić części eksploatacyjne, opłacić ubezpieczenie i … trzymać pod dachem (lub pod kocem). To nic niezwykłego, przecież takie czynności wykonuje się bez względu na wartość pojazdu o ile chce się go utrzymać w należytym stanie. Robimy to cały czas niezależnie od „czasów” – czy to „prosperita” czy kolejny „kryzys”.
To z pewnością wpłynie na opłacalność inwestycji. Ta będzie, ale później i będzie dotyczyć przede wszystkim wyjątkowych egzemplarzy. Rynek oczyści się – nie ze złomu, ale z ofert typu „jedyny taki’. Zniknie „komunistyczna patologia” czyli przeszacowane pojazdy i „towarzystwo” znowu będzie stanowiło hermetyczny twór. Co z „resztą”? Mniej zasobni spekulanci muszą stworzyć własne grono. Jest ich tak wielu, że mogą stworzyć własne „towarzystwo” i dzielić się wiedzą i doświadczeniem oraz pomocą w poszukiwaniu tanich części. Nie potrzebują snobów.
Snobistyczne towarzystwo
Źródło: Motofakty
„Tanich części”, gdyż niestety nasze portfele ucierpiały, ale nie na tyle ani nie na tak długo żeby pozbywać się za bezcen lub udekorować ogród. To stan przejściowy. Tym razem właściciele są mądrzejsi niż w latach 70-tych. Wtedy na patelnie przerobiono setki wyjątkowych okazów, których nikt nie chciał. Dziś są inne czasy i inne możliwości. Ekonomia to specyficzny „twór”, który opiera się na cyklach – cechuje się powtarzalnością zjawisk w czasie. W latach 70-tych wiedzę o ekonomii czerpaliśmy z „jedynie słusznej doktryny”, dziś mamy „swój rozum’ i własną mądrość.
Rozum, który podpowiada, że spokój i racjonalne działanie pomagają pokonać każdy kryzys. Rozum, który sugeruje żeby tworzyć własne środowisko a nie naśladować snobów. Nie trzeba mieć Bugatti z 1935 roku żeby liczyć na zyski – wtedy strata jest większa i bardziej „boli”. Można mieć 30-letnie Audi 80 – to też yougtimer, ale w dobrej cenie i o opinii, z którą trudno dyskutować. Nie jest wiele wart, ale też nie traci na wartości i, w przeciwieństwie do drogich „wynalazków”, nie jest kapryśny w użytkowaniu. Na Audi 80 nawet ekonomia nie znalazła „sposobu”.
Yougtimera za „dychę” nie powstrzyma żaden wirus, kryzys ani nawet inżynieria społeczna z wschodniego kraju. Jego właściciel nie straci milionów, ale też ich nie zyska (lub zyska niewiele po kilku latach). Dla takich ludzi zacząłem pisać a nie dla snobów. Oni mają „swój świat” – nie wiem czy lepszy, ale na pewno pełen „oryginałów”. Wielokrotnie miałem ochotę zrezygnować z pisania, ale pomimo hejtu tego nie zrobię (twardy jestem). Co dalej? Piszę o Passacie i jego „50 twarzach”. To taki specyficzny „twór” motoryzacji, który jest odporny na każdą zarazę.
Podobne wpisy:
O solidarności, wspólnych celach i postawie patriotycznej
Czym jeździłby św. Mikołaj?
Blaszana dieta cud
Motoryzacja dla wszystkich
Modnie, wygodnie, zaSUViście
Kiedyś było jakoś fajniej...
Wiosna przyszła
Dlaczego "Unia" nie ma pojęcia o motoryzacji?
Wasyl, Łada, interesy i gość z małym ch... czyli krótko o wojnie na Ukrainie

Z wykształcenia menedżer motoryzacji i informatyk, z zamiłowania historyk techniki i pasjonat starej motoryzacji. Maniak nowoczesnych technologii. Podobno zdolny autor tekstów (m.in. dla Continental Polska i Allegro). Czasem bloger i nauczyciel blogowania. Człowiek renesansu. Nauczyciel w zduńskowolskim „Elektroniku”.








