W ciągu ostatnich lat motoryzacja zaczęła tracić swój indywidualizm. Wszystko co jeździ wydaje się takie samo. Co mam na myśli? Wystarczy zobaczyć jak wyglądają nowoczesne SUV-y i kompakty. To istny „atak klonów” – bryły i wzornictwo stało się powtarzalne niczym w generatorze. Na tle dziesiątek konstrukcji projektowanych jedynie SUV-y Peugeota, Chevroleta i Alfy Romeo nie kopiują linii z podciętym tylnym okienkiem w słupku. Podobnie w segmencie C, gdzie Peugeot i Toyota mają „to coś” a reszta wygląda jak z chińskiego generatora.
Współczesne projekty różnią się detalami. Reflektory, zderzaki, drobne przetłoczenia nie są w stanie przyczynić się do zmiany mojego zdania. Popatrzmy na Mazdę i Forda – podobne linie. Skoda i BMW? Wystarczy w Skodzie zakleić środek osłony chłodnicy i można się pomylić. Doszło nawet do tego, że BMW i Mercedes wyglądają podobnie i właściwie tylko przód pozwala je rozróżniać. Doczekaliśmy się strasznych czasów. Czasów, gdy wszystko już było i trudno wymyślić „coś”, czego jeszcze nie było. Do tego trzeba „tęgiej głowy”.
50 lat temu było inaczej. Fakt, było wiele klonów, ale trudno było pomylić 2CV, Mini czy Garbusa z innymi konstrukcjami. Na tle wielkich „pontonów” wyglądały: a) śmiesznie, b) dziwnie, c) strasznie – w sumie nie było to ważne, ale w nawet produkowane w milionach sztuk takie „indywidua” na tle jednostkowych egzemplarzy „skrzydlatych landar” prezentowały się … inaczej – świeżo i ciekawie. Nie było wtedy SUV-ów a nawet mikrobusy nie były tworzone zgodnie z „inżynierią znaczkową”. Kiedyś wszystko było inne. „Kiedyś” to nawet 30-20 lat temu.
„Kosmiczny” design Pontiaka
Źródło: Consumer Guide
30 lat temu można było kupić „kosmiczne” Subaru SVX, „księżycowego MPV” od Pontiaca, jajowate Twingo czy japońskie kei-cary, które projektowano po użyciu znacznej dawki środków odurzających. Jeszcze 20 lat temu trudno było przejść obojętnie obok Multipli, która (choć brzydka) zwracała uwagę swoimi nietypowymi proporcjami i powierzchnią szyb. Być może dlatego dziś jest coraz droższa i powoli przestaje być obiektem drwin. Podobnie VW Beetle czy Ford Puma – samochody zaprojektowane w sposób ciekawy a jednocześnie tanie w produkcji.
10 lat temu uwagę zwracał Hyundai Veloster ze swoimi tylnymi drzwiami tylko po jednej stronie, Renault Wind ze swoim dachem składanym jak w Ferrari czy Peugeot RCZ z tylną szybą zaopatrzoną w dwie „bańki”. Z drugiej strony Kia Soul i Daihatsu Materia ze swoimi klockowatymi nadwoziami odpowiednimi raczej dla terenówki na ramie niż dla segmentu B. Kilka lat wcześniej Kia Stinger stała się wzorem sportowej limuzyny dostępnej w rozsądnych pieniądzach. Wtedy jeszcze nie były setek nowych modeli SUV-ów i wszelkiego rodzaju „motoryzacyjnych kundli”.
Dziś, w czasach powszechnej „suvowizny”, wszystko wydaje się takie same – proporcje, rozmiary, układ elementów wyposażenia. Często to jedynie znaczek odróżnia konkretne konstrukcje. Przykład? Kiedy Land Rover staje się Hondą to musicie wiedzieć, że dzieje się „coś” niedobrego. Kiedy Kia wygląda jak Porsche dzieje się po prostu plagiat. Fakt, czasem to ma zalety, ale istnieje również wiele wad tego rozwiązania. W tym jedna z najważniejszych wad – trudności z lokalizacją własnego pojazdu na dużym parkingu. Sektor A1 czy B3 a może C2?
Nie, to nie objawy Alzheimera. To po prostu setka srebrnych SUV-ów na jednym parkingu. Wszystkie wyglądają podobnie. Nie wyróżnia się niczym na tle innych – fakt, może to kilka drobnych elementów, ale w daleka w ciemności Kuga i Cayenne wyglądają podobnie. Ten stan jest możliwy bez „kilku głębszych”, wystarczą dwugodzinne maratony po „galerii”, która z galerią ma tyle wspólnego co krzesło z krzesłem elektrycznym. Na tym drugim nie można długo siedzieć – człowiek od razu staje się sztywny. Zatem w jaki sposób wyszukać swojego srebrnego SUV-a?
Tablica indywidualności
Źródło: LinkedIN
W bliskiej odległości znajdziecie przynajmniej kilka takich samych modeli, które można rozróżnić jedynie z odległości kilku metrów lub po numerze rejestracyjnym. W ostateczności po błysku świateł podczas zdalnego odblokowania zamków. Gdyby nie to, wtedy czekałoby Was to co Asterixa w „domu, który czyni szalonym”. Ten, dopiero gdy przechytrzył urzędników, mógł cieszyć się ze zdobytego zaświadczenia. Za kilka lat będzie podobnie podczas poszukiwań „srebrnego SUV-a”. Być może obsługa parkingu zgłupieje i zamiast Fordem Pumą wyjedziemy z niego Astonem? Kto wie?
Tymczasem nie mam jeszcze takiego problemu. Postanowiłem na indywidualizm. Czasem też mam problem z lokalizacją jednego ze swoich pojazdów, ale szybko problem zostaje rozwiązany. Dlaczego? Do jest oryginalny na swój sposób. W okolicy są trzy takie „czerwone bestie” i raczej trudno o to aby na parkingu stała jedna z dwóch pozostałych. Szybko rozglądam się i nigdy nie mam problemów z odnalezieniem swojego środka transportu. Cierpliwie na mnie czeka radośnie włączając swój system kamer uruchamianych za pomocą czujnika ruchu. Niczym pies po powrocie z pracy.
I wtedy wracam do czerwonego „Tostera” (tak na niego mówię, bo jest mały i plastikowy) , którego zawsze zauważam z daleka. Poznaję go nie tylko po kolorze, ale również po dużych felgach i po charakterystycznym „kliku”, który towarzyszy uruchomieniu się kamerki nagrywającej wszystko co ma w zasięgu. W tym również uczniów odurzonych dymem tytoniowym w krzakach tuż za parkingiem. Tak, wcale Was nie widać. Wcale.
Tymczasem to już ostatni felieton w tym roku. Na kolejny zapraszam w styczniu.

Z wykształcenia menedżer motoryzacji i informatyk, z zamiłowania historyk techniki i pasjonat starej motoryzacji. Maniak nowoczesnych technologii. Podobno zdolny autor tekstów (m.in. dla Continental Polska i Allegro). Czasem bloger i nauczyciel blogowania. Człowiek renesansu. Nauczyciel w zduńskowolskim „Elektroniku”.








