Opowieść o cwaniakach z Zelowa i z Allegro

przez | 25 lipca, 2022

Jak zapewne wiecie, piszący te słowa ma bardzo oryginalne „wozidło”. „Japończyk” to trwały sprzęt, ale trzeba o niego dbać. Choć przypisuje się mu niezawodność to jednak nie zwalnia to właściciela od okresowych przeglądów i wymian części, które podlegają zużyciu. Tak jest m.in. z łańcuchem rozrządu i jego napinaczem. Ten wymaga okresowej kontroli i wymianie, którą Daihatsu zaleca co każde 150.000. Tymczasem czerwony rumak przekroczył 200.000 km i tym samym zaistniała bezwzględna konieczność wymiany elementów.

Od pewnego czasu podczas rozruchu łańcuch zaczynał radośnie grechotać. Problem znikał po rozgrzaniu silnika. Czas na wymianę? Tak. Potrzeba tylko odpowiednich części oraz specjalisty od „Japońców” – tak, przecież nie każdy, kto lepi Golfy i Passaty poradzi sobie z klonem Toyoty. Części najszybciej można kupić w Internecie. Jest dokładny opis więc raczej trudno o pomyłkę. Wystarczy zamówić i czekać na przesyłkę. W tym czasie trzeba umówić termin u fachowca. Tak w dzisiejszych czasach powinno zlecać naprawy (podobno).

Piszący te słowa dostał pakunek z częściami i udał się do pewnego warsztatu. Tam mu odmówiono, gdyż podobno nie ma pracownika, który mógłby zająć się takim rodzajem naprawy. Wobec pytań odnośnie tego kiedy taki pracownik pojawi się w tym warsztacie polecono kolejnego, który „podobno” zna się na „Japończykach”. Po umówieniu terminu rozpętało się piekło a właściwie cyrk pełen obietnic, poprawek i mądrości rodem z internetu pamiętających rok 2013. Jak to możliwe? Oto szczegółowy zapis wydarzeń.

Po przymiarce części okazało się, że ta nie pasuje pomimo odpowiedniego opisu. Przynajmniej tak twierdził „znafca” (pisownia celowa). Twierdził też, że jak nie pasuje to można wszystko ustawić tak aby pasowało. Po pierwszej próbie auto szarpało podczas jazdy. Po poprawce polegającej na licznych kombinacjach z ustawieniem zapłonu i zaworów pojazd działał, ale silnik pracował jak rozlatujący się diesel. Jazda tak złożonym silnikiem z pewnością zakończyłaby się po kilkuset kilometrach efektowną i niespodziewaną awarią.

Po kolejnych poprawkach było lepiej, ale po odczycie licznika okazało się, że „mechanik” nie był do końca szczery. W czasie napraw przejechał około 150 km – dla sprawdzenia? Dla lansu (w końcu pojazd ma naklejkę pokaźnych rozmiarów na lewej stronie)? Nie, raczej to była wycieczka krajoznawcza co można było odczytać na rejestratorze z nawigacją wbudowanym w lusterko wsteczne. Fakt ten został zauważony dopiero po wykonaniu usługi, która nadal nie była wykonana zgodnie ze sztuką. W tym czasie zapadła decyzja o demontażu części.

Bohater całego zamieszania

Źródło: Autokult.pl

Skoro przed wymianą nie było luzów na zaworach i silnik pracował z właściwą sobie kulturą pracy to znaczy, że mechanik i część byly do wyrzucenia. Piszący te słowa postanowił nie czekać na kolejne cyrki. Napisał do sprzedawcy części, ale ten miał go w nosie. Trudno, z niby dobrego rozrządu zrobi się ozdobę świąteczną a wygadanemu specjaliście wkręci się przyrodzenie w imadło. Morał a właściwie morały tej części opowieści są następujące – nikomu nie ufaj i nie polegaj na poleceniach os różnej maści „specjalistów”.

Tymczasem Daihatsu zaopiekowali się inni mechanicy, którzy po dokładnej analizie „roboty” poprzednika stwierdzili, że zarówno część jak i praca geniusza były do bani. Stało się to już po kilku godzinach od powierzenia im pojazdu. Niestety, cały warsztat ma urlop w tych samych dniach co sprawi, że pojazd będzie przetrzymywany tam jakieś dwa tygodnie. Trudno, ale warto czekać na pomyślne rozwiązanie tej sytuacji. Skoro przez prawie 10 lat reanimowali pewne stare Renault Clio to i z Daihatsu sobie poradzą.

Potrzebny będzie nowy łańcuch, ale tym razem nie bedzie to żaden zakup internetowy a oryginał z pewnego sklepu. Koniec cyrku nastąpi w pierwszym tygodniu sierpnia. Pewne jest jedno – nigdy już żaden zelowski partacz nie dostanie mojego samochodu w swoje łapy ani nigdy niczego nie kupię do auta przez internet. Nawet Wunberbauma. I przysięgam, że nigdy już nie zbłądzę w poszukiwaniu fachowca. Specjaliści z Łasku dawno temu opiekowali się moim „Francuzem” i trzeba było być im wiernym.

Czy w tym tekście są wszystkie szczegóły? Nie, ale gdy ktoś zapyta to chętnie odpowiem na wszystkie pytania. Mam również prośbę do Allegro, ale to już załatwię z portalem bez wiedzy jegomościa handlującego niby nowymi orygnalnymi częściami. Patologię trzeba niszczyć. Ludzi, którzy są mocni tylko w „gębie” należy ignorować. Niech naprawiają Golfy i Passaty, ale niech nie biorą się za coś czego nie potrafią. Bądźcie wierni jednemu dobremu mechanikowi, to związek który daje wiele korzyści.

Jedyną dobrą stroną tej sytuacji jego to, że Autor tego „felietonu” odkrył, że posiada rower. Nawet przejechał jednego dnia 50 km – dla rekreacji. Gorszą stroną jest to, że w razie potrzeby musi jeździć srebrną Skodą w dieslu. Jak to mówią – mus łaski nie robi. Skoda, choć jest już mocno zużyta, nadal ochoczo uruchamia swoje 1.9 SDI (tak, dobrze czytacie) i ratuje z opresji. Dzień, w którym odzyskam w pełni sprawnego „Czerwonego Maluszka” będzie jak święto. Nic go nie zastąpi. Jest wart każdych pieniędzy.