Przebiegi rzędu ponad miliona kilometrów dla właścicieli starych Mercedesów nie są niczym nadzwyczajnym. Pancerne 200D i 240D bez remontu były w stanie zbliżyć się do tej granicy a nawet ją przekroczyć. Dziś nowoczesne turbodiesle z trudem osiągają wynik o połowę mniejszy a w tym czasie co najmniej dwukrotnie mają poważniejsze naprawy. Czym jest jednak przebieg rzędu miliona dla pewnego Volvo P1800, które zadomowiło się w USA i najwyraźniej tamtejszy klimat mu służy? Zaledwie ułamkiem tego, co „rekordowe Volvo” przejechało przez niemal pół wieku.
Liczba sportowych modeli Volvo w latach 50-tych sprowadzała się do kabrioletu P1900, którego w 1957 roku zbudowano tylko 68 sztuk. Jednak Volvo po nieudanej inwestycji nie zrezygnowało i rozpoczęło pracę nad drugim modelem. Tym razem miało to być coupe projektu Ghia a właściwie Pelle Petersona, który pracował dla tej włoskiej „blacharni”. Produkcja P1800 miała odbywać się u niemieckiego Karmanna jednak VW pogroziło władzom tej wytwórni i współpraca nie została podjęta. W przeciwnym razie oznaczałoby koniec Karmanna Ghii.
NSU oraz Hanomag nie były w stanie spełnić standardów jakościowych, które Volvo im narzuciło więc zwrócono się do brytyjskiego Jensena. Po pierwszym publicznym pokazie na salonie w Brukseli w 1960 roku zdecydowano, że nowe Volvo będzie produkowane w Szkocji. Pierwszy kontrakt zobowiązywał Jensena do zmontowania 10 tys. sztuk – była to znaczna ilość biorąc pod uwagę charakter P1800. Tak oto zaczęła się historia samochodu, który już kilkukrotnie wpisał się na karty Księgi Rekordów Guinnessa i jak dotąd nikt nie pobił rekordu.
„Święty” Roger Moore i jego Volvo
Pierwsze sztuki P1800 napędzał silnik o poj. 1.8 dm3 i mocy 100 KM. Wyposażone w ten napęd coupe osiągało 190 km/h – wyposażone w skrzynię z nadbiegiem („overdrive”) lub 177 km/h – bez tego udogodnienia. Pokazana w 1963 roku wersja „S” miała silnik mocniejszy o 8 KM a trzy lata później moc podniesiono do 115 KM. Słabsza, 100 – konna hamowała za pomocą przednich tarcz oraz tylnych bębnów podczas, gdy mocniejsza „S” miała cztery tarcze. Było to najszybsze Volvo swoich czasów, ale pojawiły się problemy z jakością. Szkoci nie byli dokładni w montażu.
Modele przewidziane na rok 1963 nie były produkowane w Szkocji, ale w szwedzkiej fabryce w Torslanda. Stamtąd też pochodzi samochód, który amerykański nauczyciel Irv Gordon kupił w 1966 roku. W ciągu 48 godzin auto miało przebieg 1500 mil a 10 lat później już 500 tys. mil – tego nie należało oczekiwać po samochodach amerykańskich. Podczas, gdy Irv „nabijał” kolejne mile (a raczej ich tysiące), Volvo stale ulepszało swoje coupe. Zmiany były głównie natury kosmetycznej – auto nadal było nowoczesne i zmieniło opinię o „nudnym”, rodzinnym i pancernym Volvo.
W 1969 roku do oferty wprowadzono wersję z większym, 2 – litrowym silnikiem i mocy 118 KM a rok później, dzięki wtryskowi D-Jetronic od Boscha moc wzrosła do 130 KM. Najmocniejszy wariant oznaczony jako „E” mógł rozpędzić się od 0 do 100 km/h w 9,5 sekundy. Prędkość maksymalna wynosiła znaczące 190 km/h („rejony” słabszych Porsche). Ten typ był wytwarzany w latach 1970-1972, po czym do oferty wszedł następca coupe w postaci … odmiany kombi znanego modelu. Na początku lat 70-tych było to bardzo modne nadwozie, choć nie tak funkcjonalne jak „normalne” 5 – drzwiowe kombi.
Nowe, atrakcyjne nadwozie typu shooting brake („krótkie kombi”) z racji mocno przeszklonego tyłu oraz szklanej tylnej klapy nazywano „trumną Królewny Śnieżki”. Dostęp do bagażnika był ograniczony przez wysoki próg, ale efekt stylistyczny (zapożyczony od Relianta) genialnie współgrał z sylwetką pojazdu. Do napędu tej wersji wykorzystano 125 – konną odmianę silnika o poj. 2.0 dm3, dzięki której „sportwagon” mógł osiągnąć około 185 km/h. Piękne auto na rynku przetrwało zaledwie 2 lata i do dziś jest chętnie poszukiwane przez kolekcjonerów.
Volvo P1800 ES
Od 1961 do 1974 wyprodukowano łącznie 39.407 sztuk coupe oraz 8.077 sztuk wersji „kombi”. Koniec produkcji wcale nie oznaczał końca legendy związanej ze sportowym Volvo. Dzięki serialowi „Święty” z (z Rogerem Moore’m w roli głównej) z 1962 roku auto stało się bardzo popularne. Dzięki temu Volvo przestało być kojarzone jako „auto podstarzałych tatusiów” i powoli stawało się cenionym klasykiem. Kształty modelu ES stały się inspiracją dla późniejszego kompaktowego 480 oraz jego następcy – C30. Od tego momentu kombi od Volvo już nie było „kanciaste”.
W latach 80-tych, kiedy część P1800 można było znaleźć na złomowisku, Irv Gordon nadal jeździł swoim samochodem. W 1987 roku na liczniku pojawił się pierwszy okrągły milion mil. 11 lat później w Księdze Rekordów Guinnesa pojawił się stosowny zapis – Volvo P1800 należące do amerykańskiego nauczyciela ma największy odnotowany przebieg – 1.69 mln mil. Jest to rekord jakiego nie jest w stanie pobić żaden, nie dotknięty ręką „serwisu”, samochód. Podobne przebiegi osiągają wyłącznie ciężarówki i to tylko te najbardziej trwałe. Rok później auto oddano na szrot.
Irv Gordon i jego auto
Oczywiście to żart. Volvo nadal sprawowało się bez zarzutu. W 2002 roku przekroczyło 2 miliony mil. W kwietniu tego roku dumny właściciel oraz jego niezniszczalne auto gościli w programie u Jaya Leno. Czerwone coupe nadal nie chciało dołączyć do coraz liczniejszej grupy P1800-ek, które dołączyły do „samochodowego raju” (może taki istnieje, to wie?). W połowie 2013 roku auto nadal jeździło i powoli zbliżało się do granicy 3 mln mil (którą przekroczyło) bijąc tym samym wszelkie rekordy, w tym swoje własne. Dalszym celem było osiągnięcie 4 mln.
Niestety, 16 listopada 2018 roku Irv musiał pożegnać się ze swoim Volvo. Zmarł w wieku 77 lat. W maju 2018 roku licznik jego Volvo zatrzymał się na liczbie 3,2 mln mil. Przez ostatnie pół roku życia Irv przejechał jeszcze kilka tysięcy mil. Jeszcze nie wiemy co się stanie z rekordowym pojazdem. Być może ktoś z jego rodziny nadal będzie kontynuował bicie rekordu a może Volvo odkupi z myślą o wystawieniu w swoim muzeum. Największą nagrodą za 52 – letni „związek” Irva i Volvo z pewnością będzie nowa seria Polestara 1 w jedynie słusznym kolorze.
Historia tego modelu i człowieka, który związał z nim większość swojego życia udowadnia, że można zrobić rzecz, która może służyć latami. Fakt, nie zabierzemy jej do grobu, ale nie każdy lubi „nowości” a każda rzecz, którą używamy dziesiątki lat kojarzy się z wieloma historiami z naszego życia. Skoro Elon Musk wysłał Teslę w kosmos, być może Volvo znajdzie sposób żeby wysłać Irvovi jego samochód. Tym samym historia zatoczy koło, zupełnie jak ten wpis. Zaczynaliśmy od „Świętego” i na Świętym kończymy.

Z wykształcenia menedżer motoryzacji i informatyk, z zamiłowania historyk techniki i pasjonat starej motoryzacji. Maniak nowoczesnych technologii. Podobno zdolny autor tekstów (m.in. dla Continental Polska i Allegro). Czasem bloger i nauczyciel blogowania. Człowiek renesansu. Nauczyciel w zduńskowolskim „Elektroniku”.










