Od początku istnienia marki próbuje się określić jej profil. To, co i komu oferujemy to cel naszej działalności. Zasadniczo nie można go zmieniać, bo każda zmiana generuje ryzyko a związany z marką klient różnie reaguje na nowości. Im częściej wprowadza się zmiany, tym trudniej przewidzieć jego reakcję. Klient powinien wykazać entuzjazm? Ten nie zawsze występuje, szczególnie na rynku motoryzacyjnym, gdzie mamy wiele grup klientów posegregowanych według ich potrzeb i możliwości (głównie finansowych).
Regułą jest, że jedna marka ma cel w postaci jednej grupy reprezentującej kilka cech. Jedni chcą taniego i prostego narzędzia mobilności, inni pragną wyższego standardu. Jedni lubią zachowawczy styl, drudzy lubią Citroena. Otóż, nie jest to producent, który obawia się eksperymentów. Po nim można spodziewać się czegoś niezwykłego. Inni też próbują, ale z różnym skutkiem. Czy to skutek błędnej wizualizacji? To ostatnio bardzo modne słowo. Każdy chciałby przewidzieć przyszłość, ale nie zawsze się to udaje.
Nie zawsze wyobrażenia pokrywają się z rzeczywistością. Czy VW nową wersją Garbusa przewidział powrót stylu retro? Może i tak, ale nie przewidział tego, że klienci wybiorą nudnego Golfa a po retro wybiorą się do Chryslera? Nie, a to dlatego, że nie wzięli pod uwagę preferencji swoich klientów. Ci nie lubią szaleństw. Dotychczasowi właściciele Chryslerów wprost przeciwnie. Przez całe lata 90-te ich apetyt na nowy, nie pasujący do reszty oferty, model był podsycany prezentacjami coraz śmielszych prototypów.
Klienci Alfy Romeo czekali 25 lat na powrót tylnego napędu. Dla młodych Alfisti była to ważna zmiana, dla starszych udany powrót do przeszłości. SUV od Porsche i Alfy to również nic nowego – Porsche zmontował wojskowego łazika a Alfa w przeszłości produkowała ciężarówki. A gdyby naprawdę zaszaleć? Kto z was kupi pickupa od BMW, miejskiego Jaguara czy limuzynę marki Dacia? Na pewno znajdzie się taki „ktoś”, ale czy będzie to ilość wystarczająca do wypracowania zysku przez producenta. Ten po prostu chce zarobić.
BMW pickup – czemu nie?
Źródło: carscoops
Skąd możemy oceniać, że będzie to „coś”, czego nikt nie kupi? Może jest „ktoś”, kto chce wozić płody rolne na pace BMW, mieć kota (bez żadnych aluzji) na masce swojego mieszczucha czy jeździć limuzyną od budżetowego producenta? Są tacy, ale jest ich zbyt mało żeby ktoś chciał spełnić ich marzenie. Tacy klienci nie pasują do profilu a ten to świętość. Nie, Ferrari nie zrobi Wam mikrobusa. Mowy nie ma. To nie w ich stylu. A co gdyby zrobili? BMW już próbowało zrobić wielkiego mikrobusa. Ferrari powinno mieć więcej odwagi.
Czy inne oznacza gorsze? Przykład BMW pokazuje, że nie. Przedni napęd i 7 miejsc w karoserii wielkości pierwszej Zafiry to też BMW. Nie jeździ tak jak większe modele, ale z dzieciakami w fotelikach nie bije się rekordów prędkości. Pomimo rekordów nadal jest szybkie i wykonane tak samo jak każde inne BMW. Podobieństwo do Carensa jest zupełnie przypadkowe i narzucone przez media. Nic w tym dziwnego, bo pół zespołu projektowego duetu „K&H” to dezerterzy z BMW, którym znudziły się sedany, kombi i SUV-y.
Wielu z nas potrafi zauważyć każdego motoryzacyjnego „rodzynka” na ulicy. Nie musi to być drogie superhiperultraauto, ale w dzisiejszych czasach wystarczy zadbany „30-latek” pokroju Malucha. Właściciel na pewno jest dumny z niego. Ma teraz „coś”, czego nie mają inni. To samo dotyczy właściciela Riviery Boattail, którą autor tych „wypocin” ma okazję często widywać na drodze. W swoich czasach te dwa wehikuły nie były niczym niezwykłym, dziś to „coś”, co czyni właściciela indywidualistą. Każdy z nas do tego dąży, nawet jeżeli nie ma odwagi się przyznać.
Teraz już wyjątkowy …
Źródło: otomoto
Niestety, mając w garażu to co inni musimy zadbać o to, żeby nasz pojazd przeżył konkurentów albo przestać kupować „masówkę”. Może wtedy nasze ulice staną się ciekawsze? Zacznijmy od koloru karoserii – ten nie musi być taki jak u sąsiada. Potem zdecydujmy się na „coś” innego niż SUV (może być i dwusuw). Skoro w okolicy mamy same diesle, to kupmy Priusa. Nie popierajmy nudy. Nuda jest … nudna. Dopiero wtedy wymusimy na producentach żeby wreszcie zaczęli się od siebie różnić. Czy to będzie koniec „platformersów”?
Nie, przecież ta sama podłoga nie oznacza za każdym razem takiej samej konstrukcji. Dlaczego zatem na siłę próbuje się korzystać z tych samych elementów karoserii? Bo producent chce zarobić. Zatem dajmy mu zarobić, ale niech zrobi to, co chcemy. Nie to, co chce większość, ale to, czego oczekuje jak najmniejsza grupa. Jej główna cecha – „inność” to przecież nic złego. Inne, to także wyjątkowe. Lepsze czy gorsze? To nie jest ważne. „Inność” to wolność a przecież tak postrzegano motoryzację pod koniec XIX wieku.
Wtedy każdy „pojazd bez koni” reklamowano jako narzędzie, które daje nam wolność – mogliśmy wybrać jaki pojazd chcemy, po czym zrobiono go według naszej indywidualnej potrzeby i mogliśmy jechać gdzie tylko chcemy. Dziś również chcemy takiej motoryzacji. Chcemy barwnych ulic pełnych różnych modeli o dowolnych rozmiarach i kształtach. Chcemy pojechać Alfą w góry i BMW na lokalne targowisko. Niech Dacią jeżdżą prezydenci a do bagażnika Ferrari zmieści się „coś” więcej niż tylko dwie torby. W końcu inne to czasem też fajne.

Z wykształcenia menedżer motoryzacji i informatyk, z zamiłowania historyk techniki i pasjonat starej motoryzacji. Maniak nowoczesnych technologii. Podobno zdolny autor tekstów (m.in. dla Continental Polska i Allegro). Czasem bloger i nauczyciel blogowania. Człowiek renesansu. Nauczyciel w zduńskowolskim „Elektroniku”.








