Pamiętacie „Motor” z lat 70-tych czy do pierwszej dekady XXI wieku? Wtedy zamiast internetu były gazety. Jako nastolatek w latach 90-tych co tydzień maszerowałem do kiosku, gdzie zawsze miałem odłożony „Auto Świat” albo „Motor”. Zamiast uczyć się arytmetyki godzinami czytałem treści o nowych modelach, podziwiałem szkice przyszłych projektów i w tym czasie wymarzyłem sobie, że kiedyś zostanę redaktorem jednego z tych tytułów. I dobrze, że nie zostałem.
Nie, nie zrozumcie mnie źle. Wielu o tym marzy, ale to nie jest praca marzeń. Może kiedyś była, ale obecnie ten zawód powoli przestaje być zawodem zasługującym na uznanie. Przyczyn tego stanu należy szukać u „Redaktora Motobiedy”. Nie, nie w nim, ale w jego filmie, w którym omawia SEO i cyrk związany z pisaniem tekstów pod mechanizmy przeglądarki i w zgodzie z wytycznymi działów marketingu producentów. Czy redakcja to agencja reklamowa?
To firma, która musi zarabiać, ale pracują w niej osoby, które powinny być niezależne. A nie są i często nie mogą – muszą wywiązać się z umowy. Jak napiszą źle to producent zerwie współpracę. W skrócie – nie ma pochlebstw, nie ma pojazdów do testów. Nie ma pieniędzy, nie ma kebaba – chyba tak to leciało. Redaktor liczący ile razy w tekście pojawiła się marka czy ilość pozytywnych określeń? To nie było i nie jest normalne, ale niewidzialna ręka marketingu chce aby tak było.
W czasach, gdy byłem jeszcze piękny i młody (młodszy, bo nadal jestem śliczny) materiały sponsorowane nie były wyraźnie zaznaczane. Była reklama i każdy ją rozpoznawał. Teraz trudno rozpoznać co jest czym i czy jest to opinia bezstronna czy może „Golf jest piękny, cudowny i zaj…”. Czy tekst został opłacony czy może jest bezstronną opinią kogoś, kto opisał jaki produkt naprawdę jest? Trzeba dobrze wczytać się w treść aby zrozumieć intencje autora.
Artykuł w Gazecie Wyborczej
Źródło: wyborcza.pl
Czy pamiętacie słynny tekst pt. „Chory na ebolę zgwałcił księdza w czołgu”? Celem artykułu było ukazanie stanu świadomości Czytelników. Zobaczą tytuł i od razu mają opinię, przy czym najważniejsze jest to co znajduje się drobną czcionką. O tym wielu zapomina. Chętnie wykorzystują to ci, dla których chwytliwy nagłówek to „kliki, lajki i inne takie”. Statystyka to ciekawa nauka, ale półtora dziecka w rodzinie lub trzy statystyczne nogi na spacerze (człowiek i pies) nijak mają się do rzeczywistości.
Czy tym nie powinien zajmować się dział promocji? Nie, niech dziennikarz zajmuje się marketingiem. To tak jakby szewc zajmował się stomatologią. Wszystko można uznać za pokrewne, ale są pewne granice. Tą granicą jest rzetelność dziennikarska. Tej powoli zaczyna brakować. Czy blogi to rzetelna forma przekazywania informacji? NIE, nigdy takimi nie były, ale ich autorzy nie kryli się ze swoim zdaniem. Jak Daihatsu było świetne to po prostu było i nie stała za tym żadna ideologia.
Po prostu Autor tak uważa i nie kryje się z tym. Nie dostaje za to pieniędzy. Nie chce aprobaty i nie stosuje „sztuczek” aby potwierdzić w innych swój wpływ. Ma do tego narzędzia statystyczne, ale zwykle działa sam co pozwala na szybką identyfikację jego intencji. W przypadku redakcji to jest utrudnione. Nie mniej jednak to redakcyjne” wypociny” często uważa się za te lepsze – bardziej obiektywne od blogowych zdań. Czy słusznie? Czy blog to poważne dziennikarstwo?
NIE, nie oczekujmy tego od wolnych twórców. W przypadku redakcji jako wieloosobowego tworu już tak. Jeżeli redakcja rozumiana jako grupa osób jest stronnicza to nie wróży dla niej najlepiej. Czytający tekst lub oglądający film nie są ludźmi niewidomymi i głuchymi. Tymczasem nadal chce się ich wprowadzać w błąd w imię reklamy. Za czasów, kiedy kupowałem gazety w kiosku tego jeszcze nie było. Był SCAM, ale cudowne żarówki od razu były „podejrzane”.
Od niepoważnych wolnych twórców oczekujmy, że będą stronniczy. Jest ich wielu zatem ich zdanie może być różne a nie jednorodne. Pluralizm pomaga wypracowaniu swojego zdania. Czytelnik porównując różne opinie buduje swoją a im więcej fundamentów takiej opinii tym ona bardziej trwała. W przypadku redakcji opinie kształtują zwykle faktury i przelewy przez co mogą się one zmieniać co chwila. I to jest właśnie siła „paradziennikarstwa”, które uprawiam już 10 lat.
Auto Świat z 1998 roku
Źródło: Allegro
Czy według mnie prowadzenie bloga to poważne dziennikarstwo? Ani trochę. Sam bywam stronniczy i niepoważny, ale to widać. Przelewy od Volkswagena nie dotarły i raczej ich się nie spodziewam. I dobrze. Tak, to nie było na poważnie. Tymczasem otwieram segregator z gazetami w 1998 roku. Mam kilkanaście tomów z różnych lat. I czytam z większą uwagą niż jako nastolatek. Zauważam tekst sponsorowany, ale wtedy sponsor był mniej agresywny. Piękne to były czasy.
Podobne wpisy:
Patrz do tyłu, nieobliczalne Punciaki są wszędzie
O adopcji, związkach, przeszczepach i scenariuszach prosto z tureckich seriali
"Jesteś tak drewniany jak Morgan"
Używany jak nowy
Nowy Trailblazer i amerykańska patologia
Echa sezonu ogórkowego
Rzecz o licznikowej nieskończoności i ... o skromności
Modnie, wygodnie, zaSUViście
O pijanych celebrytach i ich uprzywilejowaniu

Z wykształcenia menedżer motoryzacji i informatyk, z zamiłowania historyk techniki i pasjonat starej motoryzacji. Maniak nowoczesnych technologii. Podobno zdolny autor tekstów (m.in. dla Continental Polska i Allegro). Czasem bloger i nauczyciel blogowania. Człowiek renesansu. Nauczyciel w zduńskowolskim „Elektroniku”.








