Po drogach Islandii (są takie!) nie jest łatwo się poruszać. Choć główne drogi (jak np. droga nr 1 okalająca całą wyspę) to asfalty godne południa Europy, podczas śnieżnej zimy zamieniają się w lodowe dukty. Reszta dróg to głównie szutry lub tymczasowe przeprawy, wytyczone przez taflę zamarzniętych jezior. W miesiącach wiosennych i letnich z przeprawą przez tę wyspę nie ma problemu, ale zima to prawdziwe wyzwanie dla kierowcy i jego samochodu. Czy to oznacza, że podczas śnieżyc nie ma ruchu?Ruch jest, ale na wyprawę w taką pogodę należy pojazd odpowiednio przygotować.
Trasa drogi nr 1 – najważniejszej dla całej Islandii
Źródło: Wikimedia
Do tego potrzeba: dużych, balonowych opon, radia CB, sprzętu nawigacyjnego, mocnego silnika i napędu na wszystkie koła. To jednak nie wszystko. Konieczna jest sprężarka do kół, wytrzymały akumulator oraz wyposażenie kempingowe zgodne z „biegunową” specyfikacją. Co sprytniejsi koła pompują za pomocą … sprężarki od klimatyzacji a koła ich pojazdów wyposażone są w dwie dętki – tak na wszelki wypadek. O przebicie nie jest trudno, gdyż pod warstwą śniegu lub lodu kryją się ostre kamienie, które mogą przebić najgrubszą gumę i „uziemić” pojazd na długie godziny.
Najważniejsze jest zawieszenie, którego trwałość musi być taka, jak w przypadku marsjańskiego łazika. Każdy „bulwarowy SUV” ugrzęźnie w śnieżnym puchu, szczególnie, gdy wyposażony jest szosowe opony, czyli popularne 18 – calowe „placuszki”. Do przeprawy przez Islandię stosuje się opony o wysokim profilu, wysokie na ponad metr. Popularne „AT-ki” nie zawsze wystarczą. Najlepiej aby auto miało solidną ramę oraz dużą, zamkniętą przestrzeń ładunkową, w której pomieścimy ekwipunek. Jazda po drodze to żaden problem. Problem pojawia się, gdy droga nagle się kończy.
Tu z pomocą przychodzi technologia. Nawigacja od początku lat 90-tych stała się niezbędnym elementem wyposażenia samochodów na Islandii. Pierwotnie używano do tego systemu Loran C, który używano w żegludze. Tak jak GPS potrzebuje sygnału z 3 satelit, Loran C do określenia pozycji wykorzystywał sygnał 3 morskich latarni radiowych, które znajdują się m.in. z Norwegii. Islandii i na wyspie Jan Mayen. Pomimo tego, że GPS jest coraz bardziej popularny, „stary” Loran idealnie pasuje do tamtejszych warunków i nie gubi sygnału tak łatwo jak nowoczesny amerykański system.
Typowy pojazd do przepraw przez lodowce
i urządzenie nawigacyjne systemu Loran C (poniżej)
Źródło: Road&Track, wikimedia
Niezapomnianą przygodą jest jazda na lodowcu. Tutaj obowiązuje jedna zasada – pedał w podłogę. Podczas śnieżyć nie wolno jechać wolno, gdyż szybko się zakopiemy i trzeba będzie prosić o pomoc a następnie czekać wiele godzin na „odsiecz” ze strony holownika. Loran, który ma dokładność ok. 100 m, pomoże odnaleźć się wśród lodowych wydm i otaczających je skał. Nie warto patrzeć przed siebie, gdyż i tak nic nie widać. Jeżeli jedziemy w kolumnie, jedynie przez radio możemy dowiedzieć się, czy „ktoś „jest przed nami lub za. Bez CB nie ma jazdy. Raczej trudno o kolizję.
Cóż, jadąc wśród śnieżnych połaci nie zobaczymy Yeti. Podobno jest „Hrabia Gór”, ale spotkać go jest niezwykle trudno. Częściej można natknąć się na wystające z lodu skały. Z ostrymi krawędziami nie poradziłaby sobie nawet najlepsza opona, ale i ta to znaleziono sposób. Po prostu przy pokonywaniu przeszkody na mocno skręconych kołach należy przenieść środek ciężkości samochodu na stronę, która jedzie po śniegu – proste, prawda? Zdolności zdobyte na quadzie zawsze mogą się przydać, nawet jeżeli jedziemy terenówką o masie trzech ton.
Gdy pogoda się nieco uspokoi, wtedy możemy podziwiać ponad trzydziestometrowe śnieżne ściany, pośród których znajdują się wąskie niecki. Jadąc po nich można dostrzec potęgę natury w całej okazałości a gdy zgłodniejemy możemy urządzić sobie grilla. Na takie warunki nie ma nic lepszego niż kawał mięsa oraz kubeł znanego napoju gazowanego (tak, wiemy, że to sam cukier, ale jest potrzebny w tym klimacie). Wszelkiego rodzaju sałatki i inne wegetariańskie potrawy przy „minusowej” temperaturze raczej nie zapewnią załodze potrzebnej energii. Ta jest potrzebna w „typowo islandzkim” klimacie.
Dla tych, którzy jednak wolą GPS-a oraz podróże w cieplejsze miesiące również znajdzie się mnóstwo atrakcji. Niedaleko Keflaviku znajdują się ogromne, gorące źródła. W miasteczku Geyser można dowiedzieć się skąd wzięła się nazwa tego, tryskającego gorącą wodą, cudu natury. Dla tych, którzy wolą poczuć moc silników napędzanych nitrometanem organizowana jest „samochodowa wspinaczka”, w której kilkusetkonne potwory muszą wjeżdżać pod strome, kamieniste zbocze. Do tego celu załogi budują specjalne pojazdy wyposażone w klatkę bezpieczeństwa i opony z wysokim bieżnikiem.
Typowa „droga wiejska” i typowy pojazd
Źródło: Two Tail Travellers
Islandczycy na pokonywanie krótkich tras używają skuterów śnieżnych. Nie są to jednak słabe „50-tki” z silnikami od najmniejszych jednośladów a raczej 200 – konne śnieżne „rakiety”, którymi można szybko i bezpiecznie przejechać przez „coś”, co w letnich miesiącach jest drogą. Na Islandii to najpopularniejszy środek transportu – zamiennie z quadami, których używa się wtedy, gdy lodowiec zaczyna się cofać. Tu nawet „nordic walking” nabiera prawdziwego znaczenia, szczególnie, że towarzyszy temu 30 – stopniowy mróz i gruba warstwa lodu pod nogami.
Tych, którzy chcą wybrać się na rajd po Islandii należy ostrzec, że ceny, jakie płacą Islandczycy, choć są dla nich „zupełnie normalne”, dla przeciętnego Europejczyka są wysokie jak w najlepszym lokalu Monte Carlo. Wydanie za butelkę wina równowartości 400 zł nie jest wcale uważane za luksus. Na Islandii zarobki pozwalają na takie ekstrawagancje. Nawet wydanie kwoty rzędu 100 tys. euro na modyfikacje swojej terenówki też nie jest „wielką inwestycją”. Przecież bez tego ugrzęzną w śniegu. W Europie tyle pieniędzy to różnica pomiędzy standardową klasą G a odmianami AMG.
Niech nie dziwi Was to, że po drogach Islandii można jechać najwyżej 70 km/h. Tak jest bezpieczniej. Dzięki temu odsetek osób rannych w wypadkach jest wyjątkowo niski. Choć pojazdy poruszające się po drogach są kilkukrotnie szybsze niewielu kierowców odważy się jeździć ponad wyznaczony limit. Czy w kraju, w którym nazwiska mieszkańców kończą się na „son” lub „dottir” może „coś” zdziwić. Dzięki temu każdy wie, czyj to syn (son) lub czyja córka (dottir). Wystarczy tylko przeczytać pierwszy człon nazwiska. Jakie to praktyczne.

Z wykształcenia menedżer motoryzacji i informatyk, z zamiłowania historyk techniki i pasjonat starej motoryzacji. Maniak nowoczesnych technologii. Podobno zdolny autor tekstów (m.in. dla Continental Polska i Allegro). Czasem bloger i nauczyciel blogowania. Człowiek renesansu. Nauczyciel w zduńskowolskim „Elektroniku”.










