„Lamborghini – człowiek, który stworzył legendę” – z perspektywy motomaniaka

przez | 21 lipca, 2023

Podobno Lamborghini kupują ludzie, którzy już „kimś” są. Tak przynajmniej twierdził główny bohater filmu o historii marki, którą złośliwi kojarzą z ciągnikami rolniczymi. Po filmie o Ferruccio Lamborghini można spodziewać się wiele. Historia marki Lamborghini jest ciekawa i ma wiele momentów, które można pokazać wciągając widza na przynajmniej dwie pełne godziny. Czy tak jest? Po seansie tego filmu można mamy mieszane uczucia.

Film w reżyserii Roberta Moresco przedstawia nam rywalizację dwóch przemysłowców – Enzo Ferrari i Ferruccio Lamborghini. Pierwszy po wojnie ma już wysoką pozycję społeczną a jego pierwsze samochody drogowe są znane i cenione. Drugi zaczyna produkcję maszyn rolniczych. Dysonans? Tak, ale do czasu kiedy Ferrari odrzuca ofertę pomocy ze strony Lamborghini. Główny bohater ma problemy ze sprzęgłem w swoim Ferrari. Wie jak usprawnić mechanizm, ale Enzo nie przyjmuje oferty pomocy.

Znany ze swojego „trudnego charakteru” Ferrari nie chce mieć nic wspólnego z producentem traktorów. W ten sposób zaczyna się „wojna”. Lamborghini organizuje zespół najlepszych konstruktorów i wprowadza go na salony zdobywając uznanie klientów. Akcja filmu to głównie lata 60-te i początek 70-tych – czasy, gdy Lamborghini oferowało klientom kilka modeli jednocześnie. Można zobaczyć proces projektowania, konstrukcji elementów pojazdu i specyfikę targów motoryzacyjnych z dawnych lat.

Akcja? Chwilami jest zwyczajnie „nudno”, ale to film biograficzny zatem można wybaczyć chwilowe braki dynamicznego rozwoju akcji. Ta rozgrywa się głównie w trzech miejscach – domu rodzinnym (relacje z żonami i dziećmi), fabryce (proces projektowania) oraz na targach motoryzacyjnych (środowisko włoskich przedsiębiorców). Jednym z najbardziej „dynamicznych” momentów jest wyścig pomiędzy dwoma głównymi bohaterami tej opowieści. Noc, ulica i Countach przeciwko Mondialowi. Jaki był wynik? Tego nie zdradzamy.

Emocje jak na grzybobraniu przeplatane nagłymi zmianami tempa akcji to przede wszystkim zasługa scenariusza, który posklejano z kilku fragmentów. Nie ma tu wyraźnie zaznaczonej chronologii przez co można stracić wątek. To zupełnie tak jakby reżyser czasami nie mógł zdecydować się co jest ważniejsze w tej historii. Czy są to ludzie czy firma a może technikalia? W tej miksturze nie ma dobrze dobranych proporcji. Na szczęście są aktorzy. Nie są to „pierwszoligowe” nazwiska, ale nie są to również debiutujący aktorzy.

Główny bohater grany przez Franka Grillo to mężczyzna o włoskim temperamencie, który urażony przygotowuje zemstę i poświęca wszystko aby zniszczyć konkurenta. Charakter Ferruccio jest doskonale oddany. Problemem jest język jaki słyszymy podczas rozmów. To psuje odbiór filmu. Podobieństwo aktora do granej przez niego postaci nie jest idealne (Lamborghini nie był aż tak … „włoski”) jednak jest bliższe „oryginału” niż  Gabriel Byrne ucharakteryzowany na Enzo Ferrari. To nie był najlepszy wybór. Zero podobieństwa do „oryginału”.

Role drugoplanowe? Mira Sorvino jako druga żona wypada przeciętnie. Jej rola sprowadza się do kilku scen, w których wypomina mężowi brak zainteresowania domem i narażania rodziny na bankructwo. Rola Gian Paolo Dallary grana przez młodego Leonardo Cecchi jest przekonująca, podobnie role większości „specjalistów” i „ekspertów” od ciągników rolniczych. Młody Ferruccio grany przez Romano Reggiani jest przedstawiony jako niestrudzony marzyciel i ta rola jest wiernie odtworzona. Jego gra aktorska nie jest wybitna.

Film dobrze obrazuje specyfikę włoskiego rynku supersamochodów. W latach 50 i 60-tych powstało i zniknęło z rynku wiele warsztatów, w których pracowali głównie inżynierowie wcześniej zwolnieni z Ferrari. Wiele firm podobnych do Lamborghini pojawiało się i znikało a ich właściciele bankrutowali. Ich marzenia w rywalizacji z Ferrari kończyły się wraz ze zniszczeniem prototypów podczas wypadków czy prób w warsztatach. Lamborghini miało „to szczęście”, że produkcja ciągników pozwalała na sponsorowanie innych projektów fabryki.

Kadry z filmu

Źródło: Rotten Tomatoes

Na przykładzie prac nad kolejnymi projektami, obserwowaniu pracy Dallary czy Scaglione można zobaczyć w jakich warunkach pracowali ówcześni inżynierowie. Nie było komputerów. Były szkice, miarki i rysunki techniczne. Nie było robotów – były drewniane „kopyta” do klepania nadwozia, ręczne spawarki i ludzie, którzy swoje zaangażowanie i pasje przekuwali (dosłownie) w najszybsze dzieło sztuki. To najmocniejszy punkt tego filmu.

Przez większość scen w warsztatach widzimy ciągniki rolnicze i proces ich montażu. Scen, w których zobaczycie szkice pierwszych modeli samochodów Lamborghini czy proces ich powstawania jest zaledwie kilka i nie są one spójne. Najlepsza scena z samochodami to zdecydowanie ta z prezentacji pierwszego Lamborghini – kurtyna, wywiady i drwiny z Enzo. Kulminacyjny wyścig Countach  i Mondiala wydaje się być dziwnym posunięciem ze strony reżysera. To jakby sygnał, że Lamborghini pokonał Enzo i to było podsumowanie całej historii.

Ocena:

Sceny akcji: 5/10

Odwzorowanie postaci: 5/10

Oddanie „ducha czasu”: 8/10

Sceny z pojazdami: 7/10

Łączna: 6/10

Podsumowując:

Gdyby nie specyfika gatunku to ocena mogła być znacznie niższa. Film ratuje dość wierne oddanie całej historii. Niestety jest to produkcja nakręcona „na siłę”. Po sukcesie „Ford vs. Ferrari” należało spodziewać się „czegoś” lepszego, ale same chęci nie wystarczą. Tylko dla znawców historii marki i fanów, ale bardziej będziecie zachwyceni kilkoma fragmentami, które rzeczywiście są ciekawe niż całością filmu, który niestety rozczaruje widza. Na szczęście jest krótki i trwa 97 minut.