Film z 1966 roku, który uważa się za „klasykę gatunku” w reżyserii Johna Frankenheimera ma już swoje lata. Pomimo upływu czasu jest doceniany przez krytyków. „Historia …” jednak sama musi zobaczyć i ocenić ten film. W czym tkwi sekret jego popularności? Czy naprawdę jest taki dobry? A może jest przeceniany i obecni krytycy oceniają go mając na uwadze tylko jego walor historyczny? Na te pytania spróbujemy odpowiedzieć po seansie. Jedziemy!
… a w zasadzie pędzimy. Dlaczego? Bo to bardzo szybki film. Akcja rozgrywa się w czasach, gdy „normą” na torach Formuły 1 były śmiertelne wypadki, bolidy nie miały aerodynamiki a bezpieczeństwo było pojęciem abstrakcyjnym. Akcja rozgrywa się na torach wyścigowych podczas fikcyjnego sezonu 1966. Fikcyjnego, gdyż nie zachowano chronologii właściwej dla Formuły 1 w tym roku. Film zaczyna się od wyścigu o GP Monaco i trzeba przyznać, że oddano klimat tego specyficznego „wyścigu wokół komina” – jak często nazywa się to Grand Prix.
W filmie grają m.in. James Garner (jako kierowca Pete Aron), Ives Montand i Toshiro Mifune. Akcja rozpoczyna się od rywalizacji Pete Arona z kolegą z zespołu Scottem Stoddardem. W wyniku ich rywalizacji Stoddard ulega wypadkowi. Akcja filmu to przeplatanie się scen wyścigu z życiem prywatnym kierowców. Raz jest szybko, za chwilę znowu zwalniamy aby przyjrzeć się rodzinom kierowców. Ich żony podzielają pasję mężów, ale bez przerwy oczekują najgorszych wieści z toru. Na torze kibice tylko czekają na wypadki.
W tym filmie Ives Montand gra rolę kierowcy wyścigowego. To nietypowa rola tego aktora. Kojarzony głównie z komediami, filmami kostiumowymi czy estradą aktor wciela się w rolę Jeana Sarti. To postać, która spaja wiele ważnych scen i to jej zawdzięczamy kulminacyjną scenę w końcowej części filmu. Takich scen jest kilka. Tak duży wkład w scenariusz ma również postać postać japońskiego przemysłowca (tu rola Toshiro Mifune), który werbuje nowych kierowców. To nawiązanie do zespołu Honda, który w tym czasie próbował przełamać brytyjsko-włoską dominację.
Kadry z filmu
Źródło: IMDb
Co ciekawe, rolę Agostini Manetty zagrał wróg Jamesa Bonda czyli Adolfo Celi. W zasadzie gra on Enzo Ferrari (wystarczy zobaczyć charakterystyczny garnitur i okulary). Aktorzy zostali dobrze przygotowali do ról. W przygotowaniach korzystali z pomocy Boba Bonduranta – amerykańskiego kierowcy wyścigowego. Jedyne zastrzeżenie dotyczy braku „gwiazdorstwa” kierowców. Większość z nich żyła intensywnie po za torem a w filmie w czasie wolnym wydają się być tacy … zwyczajni. To różniło kierowców z Europy i USA i o tym … zapomniano.
Czy film nawiązuje do przeszłości? Tylko w kilku scenach jest powrót do poprzednich sukcesów głównych bohaterów. Przez większość czasu akcja dzieje się „tu i teraz”. Lata 60-te XX wieku ukazane w najlepszy możliwy sposób. Specyfika pracy w zespole wyścigowym tamtego okresu, ryzyko pokazane nie tylko z perspektywy kierowców, ale również rodzin, które po wypadku oczekują na komunikat „kto i czy żyje”. Zanim dociera pomoc zwykle jest już za późno. Reakcja ich i tysięcy widzów jak prawdziwa. Reakcja rodzica również.
W pewnej scenie Sarti wypada z toru, przebija bolidem drewniane ogrodzenie a jego wyścigówka śmiertelnie potrąca dwóch chłopców. Po chwili obserwujemy scenę konfrontacji niegroźnie rannego kierowcy z ojcem. Reakcja reporterów na wypadek nie ma w sobie nic z empatii. Ci w filmie uważani są za „hieny żądne sensacji” i w jednej ze scen jest to ukazane najlepiej jak tylko można to zrobić. Dziś standardy dziennikarskie z pewnością nie pozwoliłyby na takie zachowania jak te pokazane w scenie po jednym z wypadków.
Takie były wtedy wyścigi i ten fakt przeniesiono 1:1. Pieniądze, sława, ryzyko i świadomość tego, że jedzie się w „wannie otoczoną benzyną”. Takie zdanie staje się przepowiednią tego, co wydarzy się pod koniec filmu. Z powyższego wynika tylko jedno – trudno o lepsze pokazanie widzom specyfiki Formuły 1 tamtych lat. Dopiero po tym filmie wielu kibiców zrozumiało jak niebezpieczny był to sport i zaczęły się naciski na to aby poprawić konstrukcję pojazdów, zabezpieczenia torów czy zmienić kombinezony kierowców. W tym filmie mamy jeszcze jedno.
Prawdziwe bolidy Formuły 1 z tamtego okresu czyli „wielkie rury”, ale już z silnikiem umieszczonym za kierowcą. W filmie zobaczymy bolidy Hondy, BRM i Ferrari. Żadne makiety, to prawdziwe, pędzące z dużymi prędkościami, bolidy. Sceny wyścigów kręcono na prawdziwych torach a ujęcia twarzy kierowców kręcono podczas jazdy – operator z kamerą (w wolnych ujęciach) lub sama kamera były przywiązane do przodu bolidu. Prawdziwe sceny wypadków – oczywiście nikt nie poświęcił życia na planie filmu, ale rozbito i spalono kilka bolidów. Jak przekonacie się było warto to zrobić.
Realizm wyścigów oddany najlepiej jak można. Ryk silników, wyprzedzania, zajeżdżania drogi, poślizgi – tu nie ma miękkiej gry ani udawania. To solidna kaskaderska robota doprowadzona do stanu, w którym w zasadzie nie można rozpoznać czy to prawdziwe wyścigi (ma się wrażenie, że to film dokumentalny) czy kadr z filmu. W budowaniu atmosfery prawdziwych wyścigów pomaga komentator, który pełni również rolę narratora całej opowieści. Film trwa prawie 3 godziny (176 minut), ale warto poświęcić tyle czasu.
Ocena:
Sceny akcji: 9/10
Odwzorowanie postaci: 9/10
Oddanie „ducha czasu”: 10/10
Sceny z pojazdami: 9/10
Łączna: 9/10
Podobne wpisy:
Książki o historii motoryzacji, część pierwsza
Mini-moto dla każdego
Super szczeniak
Czerwony jak wyścigi
Samuraj w świecie pojazdów
Specjały pana Koeniga, część druga
F40- czerwony pogromca "Żaby z Zuffenhausen"
"Pewnego razu w Hollywood" - z perspektywy motomaniaka
Zabytkowe Misiomobile - najbardziej "tęczowe" pojazdy z duszą, część pierwsza

Z wykształcenia menedżer motoryzacji i informatyk, z zamiłowania historyk techniki i pasjonat starej motoryzacji. Maniak nowoczesnych technologii. Podobno zdolny autor tekstów (m.in. dla Continental Polska i Allegro). Czasem bloger i nauczyciel blogowania. Człowiek renesansu. Nauczyciel w zduńskowolskim „Elektroniku”.







