Nazwy rodem z Chin

przez | 17 października, 2017

Wśród marketingowców istnieje mit. Nakazuje on nadawanie nowym produktom takich nazw, które (podobno) łatwo wymówić oraz zrozumieć ich znaczenie. Podobno to gwarantuje sukces produktu. W takim razie co z takimi „tworami językowymi” jak Qashqai? Taką nazwę trudno wymówić a jej znaczenie nie jest oczywiste. Jednak Nissan nie narzeka na brak zamówień – ich najpopularniejszy model sprzedaje się tak dobrze jak Ford Focus i niebezpiecznie zbliża się do absurdalnych wyników osiąganych przez Golfa a w niektórych krajach ma nawet lepszą sprzedaż.

W Chinach nazewnictwo jest zupełnie inne. Historia najbardziej dźwięcznych nazw nie jest długa a rozpoczynają ją dzieje cyfry „6”.  Choć w naszej kulturze ma „szatańskie pochodzenie”, w Chinach od tej cyfry rozpoczynały się nazwy modeli autobusów. Tak, autobusów, bo przez długie lata propaganda (niczym słynna wypowiedź towarzysza Gomułki) lansowała transport zbiorowy i nie dopuszczała do tego, aby powstawało coraz więcej montowni. Produkcji autobusów jednak nie zakazano, co szybko przełożyło się na wielu nowych „producentów autobusów”.

Jednak nie były to autobusy rozmiarów europejskich a małe furgonetki, na które kupowano od Japończyków licencje lub kopiowano bez jakiegokolwiek zezwolenia. Nadając im 4 – cyfrowe, zaczynające się od „6” nazwy przystosowano je do ówczesnych wymogów. Podobnie postępowano w japońskimi kei-car. Zaczęło się to już na początku lat 70-tych i ten proceder trwa do dziś. Pomimo zmiany przepisów znajoma cyfra „6” nadal określa przeznaczenie pojazdu. Tak jak 40 lat temu, „autobusem” może być nawet klon starego Suzuki Alto.

Typowy Chiński autobus – Anchi 6330

chinacarforumscom

Źródło: chinacarforums.com

Wraz z otwarciem na zachód Chińczycy zmienili strategię i pojawiły się nazwy godne rodzącego się imperium.  Wśród typowo angielskich „Happy Prince” (choć, czy jazda klonem Suzuki Alto kogoś uszczęśliwia?), „Ideal” (ciekawe, co jest w nim idealnego?) czy „Freedom” (jedynie od mechanika nie jest w stanie się uwolnić) można znaleźć prawdziwe „perełki”, nad których nazwami czuwali partyjni spece od marketingu a wszystko to na chwałę Chin … i zatuszowania wielu zaniedbań inżynierów, których skutki dawały o sobie znać tuż po zakupie pojazdu.

Saibao, Xinyatu, Jufeng, Xiali, Hongqi, Fukang, Saifo, Liebao, Shuanghuan, Tianma, Wanfeng lub Zhonghua. Nie tylko dźwięcznie brzmią, ale mają szczególne znaczenie. Podczas, gdy wiele nazw samochodów amerykańskich lub europejskich nosi dziwne określenia, Chińczycy używają nazw oznaczających dumę, cesarza, moc, radość, rodzinę i choć je trudno wymówić mają większą symbolikę niż np. Golf. Nawet władze partii godzą się na nazwy, które nijak mają się do doktryny. Wszystko to w imię propagandy o narodzie szczęśliwych ludzi.

Są również tak dźwięczne nazwy jak UFO (kopia Toyoty RAV – 4), TYN, Glow, Tiger (SUV-y) czy Junda. Przy nich nazwa Legend, którą opatrzony jest chiński klon Citroena ZX (fakt, to już … legenda) wydaje się taka zwyczajna. Jeżeli to dla kogoś za bardzo pospolite, zawsze może kupić SUV-a o nazwie Aurora. Co prawda nie ma silnika zdolnego rozpędzić jej do 5 machów i nie jest skrywana przed opinią publiczną – tym samym nikt Aurory nie pomyli z UFO (tym prawdziwym). Zapewne niewielu Europejczyków odważyłoby się kupić ten model.

Toyota (po lewej) i jej bliźniak z innej galaktyki

Zhejiang-Jonway-UFO-Toyota-Rav-4

Źródło: autobild.de

Produkowane (lub montowane) w chińskich fabrykach samochody japońskie i europejskie noszą takie same nazwy jak na całym świecie, w tym również „Pajero”, którego nazwa na chińskim rynku oznacza co innego niż na hiszpańskojęzycznych. Oryginalne Fiaty, Hondy, Mazdy, Mitsubishi czy VW nie potrzebują takiego rozgłosu i nawet tam Golf jest Golfem,  Mazda 6 – Mazdą 6 itd.  Te modele nie potrzebują pięknych nazw, aby zdobyć klienta.  Już sama marka jest magnesem dla klienta i żadna „duma cesarza” nie jest potrzebna.