Halo, dzwonię z samochodu

przez | 4 grudnia, 2017

Wynalazek CB – radia spowodował, że kierowcy zaczęli się porozumiewać na dłuższe, niż własny wzrok, odległości. Jednak radio miało słaby zasięg i nie można porozmawiać z kimś, kto był w odległości większej niż kilka mil. Rozwiązanie było jedno – telefon. Jednak problemem był kabel – nieodłączny element komunikacji. To jednak miało się wkrótce zmienić. Rozwiązaniem problemu były fale elektromagnetyczne, które odkryto ponad wiek wcześniej. Do tego odkrycia przyczynił się Duńczyk Hans Oersted w 1820 roku.

Po wielu udanych, bardzo widowiskowych eksperymentach Tesli zauważono, że kabel ani żaden przewód nie jest do niczego potrzebny. Skoro prąd można przesyłać na odległość bezprzewodowo, to i dźwięk również. Nad wynalazkiem telefonu, który działa bez żadnego kabla pracowano już pod koniec lat 30-tych. Na pierwsze połączenie, które wykonano z samochodu należało poczekać do 1946 roku. Autorem tego niezwykłego czynu byli inżynierowie potentata telekomunikacyjnego – firmy Bell. Tak to rozpoczęła się plaga rozmów „za kółkiem”.

System opracowany przez Bella był na tyle innowacyjny, że w historii zapisał się również jako pierwsze mobilne połączenie, które zapoczątkowało erę telefonii komórkowej. Wszystko to miało miejsce 30 lat przed wynalazkiem przenośnego telefonu komórkowego. Pomysł Bella nie opierał się jeszcze na sieci nadajników, ale wykorzystywał sieć przewodową, do której dostęp zapewniały małe nadajniki rozlokowane wzdłuż najważniejszych tras. Odbiornik znajdował się w samochodzie, w przestrzeni przeznaczonej na bagażnik.

Instalacja pierwszego telefonu samochodowego z 1946 roku

Źródło: bluefletch.com

Instalacja ukryta w bagażniku samochodu zajmowała około połowę jego powierzchni, co w przypadku krążowników oznaczało utratę nawet 250-300 dm3. Był to element opcjonalny, który dodawano wyłącznie na życzenie klienta. Koszt zabudowy telefonu pokładowego mógł wynieść nawet 50% ceny pojazdu – w tym przypadku drogiego samochodu klasy wyższej, gdyż tylko do takich można było ten „luksus” zamówić. Kierowcy poczciwego Garbusa mogli tylko o tym pomarzyć o słuchawce zamontowanej tuż przy radioodbiorniku.

Jak działało to urządzenie? Chcąc wykonać połączenie pierwszym, co należało zrobić to nawiązać kontakt z centralą telefoniczną, która przełączała nas do właściwego abonenta. Oczywiście jakość połączenia zależała od siły sygnału, gdyż jego brak powodował natychmiastową przerwę. Telefon samochodowy był luksusem a jego funkcjonalność była mocno ograniczona. Nie mniej jednak w sytuacji awaryjnej pozwalał wezwać pomoc lub zatwierdzić kolejny milionowy kontrakt. Od tego momentu samochód coraz częściej stawał się biurem.

Telefon samochodowy Bell z 1964 roku

Źródło: Bell

Pierwsze telefony samochodowe były prądożerne a korzystanie z nich było możliwe jedynie przy włączonym silniku. Modele z lat 60-tych były już bardziej zwarte a ich konstrukcja ważyła mniej niż połowę pierwszego modelu (ok. 15-18 kg). Nadal jednak rozmowy przełączano przez centralę, co było kłopotliwe. Jednak wkrótce wszystko miało się zmienić. Martin Cooper pokazał światu pierwszy telefon korzystający tylko z sieci nadajników. „Komórka” zaczęła wypierać stare rozwiązanie, ale miała jeszcze wiele wad, w tym największą – baterię.

Rozwiązanie Martina Coopera zaadaptowano do pojazdu. Nowa generacja telefonów pokładowych korzystała  z sieci bezprzewodowej a sam aparat był sprzężony z instalacją elektryczną pojazdu co wyeliminowało konieczność ładowania. „Pokładowa komórka” miała te same funkcje, co model przenośny. Słuchawka nadal była połączona kablem, ale dzięki temu ważyła najwyżej 100-200 gramów a nie kilka kilogramów. Wraz z miniaturyzacją faksu, pod koniec lat 80-tych pojawiły się w sprzedaży modele oferujące tę funkcję.

Telefon z tamtych lat wyświetlał numer osoby dzwoniącej, miał już pamięć przynajmniej 10 kontaktów oraz prosty wyświetlacz. Można było wybrać dowolny spośród kilku rodzajów „dzwonka”, pojawił się również tryb głośnomówiący, który wyeliminował konieczność trzymania słuchawki. Aparat potrafił obsługiwać kilka połączeń jednocześnie. Jeszcze do końca lat 80-tych model samochodowy miał istotną przewagę nad „komórką”. Ta na jednym ładowaniu pozwalała na najwyżej godzinę rozmowy, po czym należało naładować baterię.

Samochodowy telefon akcesoryjny z lat 90-tych

Źródło: clublexus.com

Kilka lat później jego największa zaleta stała się wadą – pierwsze modele przenośnych terminali w nowym standardzie GSM oferowały już przynajmniej dzień czuwania zatem można było zabrać je na kilka godzin bez obawy o rozładowanie. Zainteresowanie aparatami samochodowymi próbowano podtrzymać montując w nich gniazda kart SIM, które pozwalały na szybkie przenoszenie kontaktów oraz zmianę numeru, która przestała wiązać się z kilkudniowym oczekiwaniem na decyzję operatora. W tym czasie Nokia i Motorola zaczęły niszczyć własny rynek.

W połowie lat 90-tych pojawiły się pierwsze lekkie terminale GSM wyposażone w pojemne baterie litowo-jonowe. W tym czasie producenci z oferty powoli wycofywali terminale samochodowe na rzecz produkcji akcesoriów do modeli mobilnych (uchwytów, ładowarek i zestawów głośnomówiących). Na przełomie XX i XXI wieku telefon samochodowy przestał być montowany jako seryjne wyposażenie limuzyn. Aparaty akcesoryjne Nokia oferowała jeszcze w 2003 roku, ale zainteresowanie nimi było symboliczne i szybko zrezygnowano ze sprzedaży.

Gdy wprowadzono przepisy nakładające kary za używanie telefonów podczas jazdy, rynek tych urządzeń niemal wymarł a producenci zrezygnowali z produkcji. To był przysłowiowy „gwóźdź do trumny” starszej technologii. Większość aparatów samochodowych z lat 80 i 90-tych obsługiwała pasmo 450 Mhz w standardzie NMT (sieć 1. generacji). To właśnie ta generacja była najbardziej popularna. W krajach skandynawskich oraz w Polsce sieć funkcjonowała niemal trzy dekady, równolegle z nowszą GSM. Takie też (już niestety bezużyteczne) modele znajdują się w samochodach z tamtych lat.