Ostatni bastion motoryzacji

przez | 16 lipca, 2025

Oglądając reportaże o „Postradzieckich Stanach” i Republikach można zauważyć jedną wspólną cechę każdej narodowości. Ludzie mogą mieszkać w ruderach, ale wydają pieniądze na samochody. Nie są to stare Łady i Moskwicze, ale często nowe samochody zachodnich marek lub kilkuletnie, ale luksusowe. Częstym widokiem są stare bloki, śmieci, bezpańskie psy oraz stojące w błocie nowe SUV-y. Samochód to dla tych ludzi symbol statusu materialnego. Nie, nie wielkie rezydencje, ale właśnie samochód.

Mogą nie mieć dostępu do kanalizacji, wodociągu i ogrzewania gazowego, ale nowy SUV musi być. Nie może to być Dacia. Na wielu rynkach Duster jest oferowany jako Renault, które uznawane jest za bardziej … „prestiżowe” niż Dacia. Dla Niemców, Polaków czy Francuzów nie ma żadnej różnicy, tymczasem dla Rosjan, Uzbeków czy mieszkańców innych „Stanów” Dacia kojarzy się jako pojazd awaryjny i przestarzały. Pamiętają jeszcze modele oparte o Renault 12. Renault to dla nich symbol niezawodności.

Tymczasem Dacia to tylko znaczek. Przynajmniej dla Europejczyków, którzy w tym roku częściej kupowali Sandero niż popularną Teslę. Dlaczego? Bo jest tania. To nie dlatego, że Europa jest biedna. Od kilku lat obserwowany jest dziwny trend. Wraz z rozwojem komputerów i wszelkiego rodzaju „urządzeń mobilnych” młodsze pokolenia nie chcą interesować się motoryzacją. Dla nich samochód to narzędzie a nie obiekt wart dłuższego zainteresowania. Wolą nową elektronikę od „jabłkowej firmy”.

Głubinka – rosyjska prowincja

Źródło: liberfor.com

Samochód ma jeździć i nie obchodzi ich marka. Producenci już w latach 90-tych wykorzystywali ten trend (patrz: Volkswagen), ale wtedy jeszcze tłumaczono to innymi względami. Różnicowano marki dając to samo za różne pieniądze a i tak bilans zgadzał się i nie było lamentu o to, że firma nie ma pieniędzy. Wtedy inicjatorem tego trendu były marki. Dziś to najmłodsze pokolenie klientów dyktuje warunki. Samochodu można nie mieć na własność. Można go wynająć i nie trzeba martwić się o przeglądy i awarie.

W „Stanach” nikt tak nie myśli. Ma być kupiony za gotówkę i na własność. Mogą być raty, ale nie żaden leasing konsumencki. Tymczasem w Europie coraz częściej samochód wynajmuje się od producenta. Wynajem na kilka lat, ze stałą ratą i skomplikowaną wyceną po okresie najmu. Zwykle nie jest to korzystne rozwiązanie (patrz: pewien „Number One” i jego Peugeot), ale klienci dowiadują się o tym dopiero w okresie, gdy trzeba zakończyć lub przedłużyć umowę. Trochę na pokaz, ale to głównie z braku czasu lub zainteresowania pojazdem.

W „Stanach” nikt tak nie myśli. Tam jest specyficzny kult samochodów. Coś, co było u Nas w latach 90-tych a obecnie uchowało się jeszcze w środowisku małych miast i wsi. Kościół, niedzielna msza i moment wyjazdu z kościelnego parkingu jest tym samym, czym w „Stanach” jest poranny wyjazd do pracy w kopalni lub rafinerii. Różnica jest taka, że pod blokiem jest błoto a kościelny parking jest utwardzony płytami betonowymi lub kostką brukową. Tak, tam też „babcia jeździła tylko do kościoła”.

… bla, bla bla…

Można ten temat „wałkować”, ale w tym miejscu należy go zakończyć. Tu pojawia się pytanie – Co wpłynęło na to, że motoryzacją interesuje się coraz mniej ludzi? W bogatszych krajach samochód przestał być symbolem prestiżu. Nikt go nie chce na własność a w Europie tworzy się głupie prawa, które blokują działalność przemysłu, z którego Europa była dumna. Czy to teoria spiskowa? „Nie będziesz miał nic i będziesz szczęśliwy” albo inne Sorosy? Coś w tym jest, ale analiza tego nie jest wcale taka prosta.

Dlaczego młodzież z bogatych krajów wydaje pieniądze na subskrypcje, niepewne inwestycje i elektronikę zamiast kupić youngtimera i odnowić go ucząc się podstaw mechaniki? Dla nich Dacia i Mercedes to wszystko jedno (tak, wiemy, że mają wspólne części). Samochód ma jeździć i nie musi być Nasz. Młodzież ze „Stanów” tak nie myśli. Chcą mieć nowego SUV-a, może być stare BMW, ale jakoś nie chcą mieć kolejnych subskrypcji. Fakt, nie są zamożni, ale doceniają i rozróżniają różne pojazdy.

„Jadą, już jadą …”

Źródło: WP

Tam właśnie jest ostani bastion miłośników motoryzacji. Za kilka lat, gdy w Europie będzie można jedynie wynająć „toster z silnikiem elektrycznym”, na terenie „Stanów” będzie można kupić benzynowego SUV-a i podjechać nim do kościoła. Być może będzie to normą w USA, gdzie obecna administracja rozpoczęła walkę z głupotą wypowiadając wszelkie „pakty klimatyczne”. Camaro w sedanie i z silnikiem od pralki? Trump na to nie pozwoli, choć uchodzi za szalonego. Tesla ma mieć spalinową konkurencję.

Paradoksem tej całej sytuacji jest to, że mentalność obywateli „Ruskich Stanów” po latach powszechnej krytyki i wyśmiewania okazuje się słusznym wyborem. To wzór do naśladowania. Może nie w pełni, ale w istotnym fragmencie. Oni wiedzą, że elektronika nie daje wolności jaką daje własny pojazd. O tym zapomniało wielu Amerykanów i Europejczyków. Wydali pieniądze na drogie zabawki, które wymieniają co roku i oszczędzają aby wydać na kolejne. Tymczasem motoryzacja jest ciekawsza niż elektronika.

Pozwala na wydostanie się z miejsc, o których zapomniano do centrum miasta i odwrotnie. Tego nie potrafi żaden układ scalony zamknięty w drogim pudełku. W „Stanach” to wiedzą. Podyktowane jest to brakiem transportu zbiorowego, potrzebą niezależności i prestiżu. Jeżeli Europa nie opamięta się to najbardziej prestiżowym pojazdem będzie skuter elektryczny lub hulajnoga. Tymczasem w takie Republice Tuły czy Tadżykistanie będą jeździć wielkie SUV-y. To nie jest normalne.