Modnie, wygodnie, zaSUViście

przez | 24 listopada, 2024

Ile lat ma najstarszy silnikowy pojazd terenowy? Dokładnie tyle, ile liczy sobie najstarszy pojazd o napędzie silnikowym. Już pierwsze konstrukcje posiadały duży prześwit, który był konieczny ze względu na całkowity brak dróg. Jeździło się po każdej utwardzonej nawierzchni, niezależnie od tego, czy był to grunt, bruk czy beton. Pojazdy te miały zwykle napęd na jedną oś. Napęd na przynajmniej dwie osie to dopiero połowa lat 30-tych. Wtedy pojawiły się pojazdy wojskowe o napędzie na każde koło. To z nich ewoluowały pierwsze cywilne pojazdy terenowe dostępne dla każdego klienta.

Ich połączenie z samochodami osobowymi w latach 50-tych spowodowało powstanie tzw. crossoverów i SUV-ów. Tym samym zaczęła się nowa moda. Moda na „nieterenową terenówkę”. O ile projekty GAZ-a nosiły cechy prawdziwej „terenówki”, o tyle Harvester, Range Rover czy Cherokee miały coraz więcej cech osobówki. Vitara, RAV-4 czy Sportage były dzielne w lekkim terenie. W ciężkim już nie, ale kompensowały to osiągami na utwardzonej nawierzchni. U progu XXI wieku 4×4 w takiej konstrukcji przestało być potrzebne. Liczył się wygląd. Im więcej plastiku, tym lepiej.

Dziś większość podobnych konstrukcji nie ma nawet w opcji napędu na wszystkie koła. O ramie, reduktorach i blokadach nie warto wspominać. Jedyne, co zostawiono to plastikowe osłony. Po co? Ładnie wyglądają i chronią przed otarciami na miejskim parkingu. Nic więcej nie potrzeba. „Pancia” będzie zadowolona. Tak, „pancia”. To nie ma nic wspólnego z szowinizmem, ale większość klientów tego segmentu dziś nie stanowią mężczyźni pracujący z daleka od cywilizacji. To kobiety użytkują te „pseudoterenówki” i zamiast napędów i reduktorów chcą modnego wyglądu.

„Prawdziwa terenówka”

Źródło: AutoTrader

Pół wieku temu klientami takich pojazdów byli specjaliści pracujący w trudnych warunkach. Później leśniczy, hrabia lub ojciec wielodzietnej rodziny. W tym czasie pojazd był dostosowywany do klienta. Im mniejsze potrzeby tym prostsza konstrukcja. To, że ma wyglądać jak „terenówka” nie znaczy, że ma być napędzany wielkim silnikiem, mieć ramę i skomplikowany napęd. W związku z tym V8 o wielkim momencie obrotowym przestaje być potrzebne tak, jak reduktor i blokady. Jeżeli nie to co można zaoferować w zamian za rezygnację z w/w atrybutów?

Przedni napęd, duże koła z oponami o niskim profilu, silnik o pojemności kartonu mleka (koniecznie z doładowaniem), automatyczną przekładnię (najlepiej CVT), prześwit poniżej 20 cm, duże zwisy nadwozia i koniecznie … dużo plastikowych osłon. Bagażnik o dużej pojemności, wygodne fotele i (złudne) poczucie solidności, którego nie doświadczymy w żadnym Punto czy innym Polo. To samo zapewni każde (niemodne już) MPV, które nie potrzebuje wysokiego (i pustego) tunelu środkowego ani wysokiej zabudowy przodu, w której silnik zajmuje połowę miejsca pod maską.

Wrażenie solidności jest mylne. „Pseudoterenówka” oparta o płytę podłogową bez ramy jest tak samo odporna na skutki zderzeń jak każdy inny model zawieszony o kilka cm niżej. Szału nie ma. Tzn. jest, ale w folderze reklamowym. Tam zachwalane jest to, że żaden miejski krawężnik nie będzie nam straszny, ale … „coś” tu nie gra. Przecież to ma jeździć po nieutwardzonej drodze. Nie na rajdach terenowych, ale po leśnym dukcie, po polnej drodze czy po zaśnieżonych wiejskich drogach żwirowych. Tymczasem i z tym nowe konstrukcje mają problemy, wystarczy spojrzeć na Mazdę CX-3 i jej przedni zwis.

Jest jednak światełko w tunelu i nie jest nim nadjeżdżający pociąg, ale Jeep Renegade lub nowy Jimny. Ten pierwszy to Punto, które pod modnym nadwoziem kryje solidny terenowy napęd. W wersji 4×4 nie ma solidnej ramy, ale żaden mały SUV nie dorówna mu w terenie. To prawdziwy Jeep ukryty pod karoserią przypominającą zabawkę. Suzuki to już klasa sama w sobie. To prawdziwa terenówka, choć w rozmiarze „kei”. Suzuki ma ramę, solidny napęd, brak turbin i nie ma bagażnika. Pojedzie zaledwie 140 km/h i wyprzedzi je każda Panda, nawet ta z napędem na cztery „łapy”.

Suzuki Jimny – prawdziwa „bulwarówka”?

Źródło: Suzuki

Suzuki swoje zalety ujawni dopiero na wertepach. Tam, gdzie Land Cruisery i inne Patrole bezradnie mielą kołami, tam Jimny jedzie okazując radość z jazdy. Warczy, podskakuje jak piłka i ma taki wykrzyż osi, o którym Toyota czy Nissan mogą tylko marzyć. Czy można nim pokazać się na mieście? Można, bo ma taki „szacun na dzielni” jak klasa G i nie musi niczego udowadniać. Można nim zjechać do metra i wygodnie zaparkować tuż przy stacji. Można też jechać w teren i robić zdjęcia – zupełnie jak fotograf z reklamy, który wygląda jak … ludzkie wcielenie niedźwiedzia.

Prawdziwych „terenówek” jest jeszcze zaledwie kilka na rynku. Niestety, będzie ich coraz mniej i nie zanosi się na szybką poprawę. Wystarczy spojrzeć na zdjęcia szpiegowskie nowego Defendera, który wygląda jak … Kia Soul. Na pewno nie będzie napędzany „litrową garkuchnią”, ale nie wróżymy mu zdolności terenowych klasy G. Ta, choć dziś jest kojarzona z mafią i raperami, po zmianie opon wjedzie niemal wszędzie. Nie obawia się żadnych przeszkód a klienci nie wybaczyliby Mercedesowi, gdyby zrobił z klasy G „bulwarówkę” bez ramy i napędu na wszystkie koła.

Czy trend się odwróci? Szacuje się, że w najbliższych latach popyt na „pseudoterenówki” zmniejszy się. Klienci zrozumieli, że nie warto przepłacać w salonie i za naprawy a to samo dostaną wybierając MPV lub kombi. „Prawdziwe” terenówki być może ocaleją od zagłady kosztem wszelkiego rodzaju SUV-ów i crossoverów. I … dobrze, „terenówki” to ważna część historii motoryzacji. To one przywiozły wolność i pokój do wielu krajów pogrążonych we wojnie. Miejski crossover nie przejedzie nawet przez wysoki krawężnik, o podboju Sahary nawet nie wspominamy.