Pinokio i milion elektrycznej „ściemy”

przez | 24 lipca, 2020

{Tytuł tekstu nie reprezentuje opinii Autora. Nawiązuje do tytułów prasowych i komentarzy, które zamiast rzetelnych informacji dotyczących motoryzacji są elementem walki politycznej. Zanim zaczniesz komentować uważnie przeczytaj cały tekst a szczególnie jego zakończenie.}

Kilka lat temu Premier i Rząd obiecali, że w ciągu kilku lat tzw. „Narodowy Producent Samochodów” wyprodukuje i wprowadzi na rynek milion samochodów elektrycznych. Obietnica wydawała się nierealna – nie ma techniki ani technologii, nie ma fabryki, publicznych ładowarek i specjalistycznych warsztatów. Nie ma „niczego”. Po prostu „nie da się” a Premier obiecuje Nam „gruszki na wierzbie”. Być może dlatego internetowe trolle porównały Premiera do Pinokia, któremu z każdym kłamstwem nos się wydłuża.

Media podchwyciły temat. Z czasem okazało się, że plan trzeba zmniejszyć do 700 tysięcy sztuk. Jedne media opisywały pierwsze szkice, drugie wskazywały na to, że projekt nie jest „Narodowy” – zagraniczni producenci dostarczą silnik i baterie, projekt nadwozia zrobią Niemcy lub Włosi itd. Część mediów pisała o tym, że produkcja nie będzie opłacalna. Jeszcze inne opisywały, że ElectroMobility Poland to kolejna „spółka-wydmuszka” do utylizacji unijnych funduszy. Pomysłów żeby „uwalić” projekt było wiele.

Kolejnym etapem była prezentacja elektrycznego pojazdu dostawczego Ursusa. Pojazd był kombinacją elektrycznego napędu z elementami wystroju wnętrza i kabiną przejętymi z … Lublina. Po tym wydarzeniu poziom komentarzy w internecie sięgał dna a wkrótce okazało się, że „ktoś” puka od spodu. W mediach należących do kapitału zagranicznego wylał się tekstowy ściek komentarzy, że Polacy nic nie są w stanie sami zrobić i nadal będą kupować szrot z Zachodu. Tymczasem po cichu trwały prace nad prototypami.

Terminem, który wyznaczono na realizację planów, był rok 2025. To za 5 lat. To dużo czasu. Na obronę polskiego projektu należy uznać, że projekt nowego (opracowanego od podstaw) modelu i wdrożenie do produkcji zajmuje około 7 lat. Tyle czasu upłynęło od pierwszych szkiców VW (czytaj: przerobienia gotowca z Tatry) do planowanego rozpoczęcia produkcji. Fakt, że zamiast Garbusa produkowano Kubelwageny nie jest istotny. Polska nie gromadzi zapasów z myślą o wojnie i ma powody żeby przestawić motoryzację na elektryczną a właściwie …

wprowadzić własną markę. To cenniejsze niż nawet 100 milionów samochodów elektrycznych, z których według mediów nie powstanie ani jeden. Potrzebujemy własnej marki. Nie mamy jej a mają ją wszystkie europejskie kraje – łącznie ze Słowenią czy Estonią. Ma ją nawet Chorwacja. Rimac to elektryczna duma Chorwacji, łotewski Dartz to słynny producent luksusowych pancernych terenówek. My mamy … kilku producentów replik, zagraniczne montownie i kilku pasjonatów, którym po prostu „zależy”.

Już we wtorek 28 lipca …

Czy naszemu rządowi również „zależy”? Z pewnością TAK. Być może plan był zbyt ambitny, ale kroki podjęte w ciągu ostatnich dwóch lat prowadzą do osiągnięcia rezultatu w postaci upragnionego prototypu. Jest to okres krótszy niż w przypadku Arrinery, co do której większość podejrzeń Szanownego Kolegi Balkana się sprawdziła. Arrinera mogła być „składakiem” – to „normalne” w segmencie „Pojazdów 300 plus”, ale w przypadku „Narodowego Elektryka” to raczej nie będzie możliwe. To znaczy jest możliwe, ale …

w Polsce mamy setki poddostawców, którzy są w stanie zrobić reflektory do Bugatti, felgi, chłodnice (te są wykorzystywane nawet w samochodach elektrycznych), hamulce czy tapicerkę na fotele (InterGroclin dla Focusa ST i RS). Produkty „Made in Poland” są uważane za produkty wysokiej jakości dlatego nie trzeba daleko szukać części. Z czasem nawet nauczymy się wytwarzać zespoły akumulatorów – z tych nie jesteśmy znani. Dla wielu problemem jest zaangażowanie niemieckiego EDAG-a, który miał Nam pomóc w projekcie.

Tymczasem Polonez nie był polskim „tworem” – to włoski projekt nadwozia, który zaadaptowano do „Naszych” potrzeb. Polacy go składali i dopiero kilka lat po rozpoczęciu produkcji adaptowali do niego własną myśl techniczną i zaangażowali w projekt polskich producentów. Tak z pewnością będzie tym razem. Produkcji wielkoseryjnej Polacy muszą nauczyć się od nowa. Produkcja pojazdów elektrycznych wydaje się prosta – mniej części to mniej pracy, ale to nie oznacza, że nie trzeba starać się o utrzymanie najwyższej jakości.

Pozostaje problem nazwy. Według Autora najlepsza to „WARS”. To dla upamiętnienia tego jak kilka razy Fiat „wydymał” nasz rząd. WARS był „tym” największym „wydymaniem”. To najlepszy moment aby odpłacić się za ten gwałt na naszej myśli technicznej. Być może nie jest do końca „Nasza”, ale wkrótce będzie. Fiat nie ma w pełni elektrycznego kompakta w ofercie, ale tym razem nie ma nic do powiedzenia. Wolny rynek ma w poważaniu przedwojenne umowy kneblujące przedsiębiorczość.

Nie, nie będziemy mieć konkurencji dla Tesli, która jest tandetnie wykonanym, plastikowym tworem ery cyfryzacji. Nowy polski „elektryk” nie musi sprzedawać się w milionach sztuk. Może, ale to daleka przyszłość, która wymaga stworzenia i powiązania kapitału, ludzi, wiedzy i przedsiębiorstw z różnych branż. Tym razem szansa jest ogromna a rząd nie zamieni biznesu motoryzacyjnego na uprawianie konopi dla celów (podobno)farmaceutycznych. Tak właśnie zrobili właściciele Arrinery, czym zawiedli wielu zainteresowanych projektem.

Co ma do „tego” nos Premiera? Nic, ale politycy, jeżeli nie mają innych argumentów, sięgają po żenujące porównania i czepiają się wyglądu przeciwnika. Premier „Pinokiem” nie jest – z obserwacji Autora wynika, że nos nie wydłużył mu się od początku kadencji. Czy spełnił swoje wszystkie obietnice? To inna sprawa. Ważne, że w tej powoli, ale skutecznie dokonują się postępy. To nie „ściema”, ale prawdziwy projekt na wiele lat, którego efekty zaczynają być widoczne. Czy będzie ich milion? Być może, ale trzeba być cierpliwym.