Rajdówką nie można jeździć po drogach publicznych. Nie są dostosowane do ruchu pomiędzy innymi pojazdami a zawdzięczają to brakowi oświetlenia, klatce bezpieczeństwa, wyczynowym oponom i pasom bezpieczeństwa przypominającym uprząż od spadochronu. Nie można i już. Policja zakazuje, nakłada mandaty i podsyła lawety niepokornym, którzy za nic mają wszelkie zakazy. Do czego zmiarzam? Do ostatnich wydarzeń na „Barbórce”. Wiocha, żenada i w ogóle kiepski klimat zafundowała kibicom policja.
Dlaczego? Gdyż zabytkowe rajdówki biorące udział w zawodach nie miały homologacji drogowej. Powtarzam „drogowej”. Co to oznacza? Nie mogą jeździć w taki sposób jak inni uczestnicy ruchu po tych samych drogach. Nie można ich spowadzać z lawety na drogę i przejechać do punktu startowego. Jeżeli zawodnik chce startować, pojazd ma ruszać prosto z lawety. Jeżeli przejadą choćby kilka metrów to zostanie złamane prawo. Nie ma wyjątków – przepisy obejmują każdy typ pojazdu bez homologacji.
Przykład z rajdu nie był przypadkiem odosobnionym. W przeszłości zdarzały się przypadki, kiedy w trosce o „bezpieczeństwo” nawet przerywano imprezy sportowe i odsyłano zawodników do domu. Po co? Czasami było to spowodowane słusznymi przyczynami, ale często była to zwyczajna nadgorliwości a ta, jak wiecie, jest gorsza od faszyzmu. W czym taki rajdowy zabytek jest gorszy od nowoczesnej, plastikowej konstrukcji? Czy jest niebezpieczny? W pewnym sensie tak, czego uczy nas historia.
Przykłady? Wypadek Toivonena czy Mariana Bublewicza (dziś trudno Fordy i Lancie uznać za bezpieczne) potwierdzają słuszność eliminacji rajdowych zabytków, ale to samo będą mówić za 30 lat dopuszczając do startu dzisiejsze Fiesty czy DS-y. Wtedy w rajdach będą pewnie startować pojazdu rodem z „Jetsonów” i wśród nich obecne konstrukcje będą uznane za niebezpieczne i szkodliwe dla „wszystkiego”. Tymczasem problem pozostaje. Problem, który wynika z troski. 30 lat temu nikt się nie „troszczył”.
Kibice stali tam, gdzie chcieli. Rajdówki były przygotowane według specyfikacji, ale nawet wśród nich pojawiały się konstrukcje starsze, przygotowane „na oko” – bez atestowanych części i wyposażenia. Często nie były w stanie dojechać do mety OS-u. Często osiągały dobry rezultat przejazdu. Ich awarie powodowały salwy śmiechu wśród kibiców, ale obyło się bez poważnych wypadków. Jaka była najważniejsza wartość, którą niosły ze sobą starty takimi pojazdami? Historia i przywiązanie do tradycji.
Dopuścić czy zabronić? Oto jest pytanie.
Źródło: WP Moto, Interia Moto
Można było zobaczyć jak „staruszek” na pełnych obrotach podjeżdża pod górę, jak z trudem próbuje wyhamować przed ciasnym nawrotem. Wielu kibiców wtedy przypominało sobie o tym co widzieli jako dzieci. Jakie towarzyszyły temu emocje? Kto nam wtedy towarzyszył? Jak przeżywano każdy start? To były jeszcze czasy przed rozpowszechnieniem się aparatów cyfrowych. Telefon z aparatem? Nie, wtedy był Centertel i telefony, z których można było jedynie dzwonić. Wszystko zapisywały oczy a nie soczewki.
Fajne to były czasy. Warto o nich przypominać. Tymczasem próbuje się nam odebrać wspomnienia „lawetując” odnowione rajdówki z padoku zanim jeszcze przejadą przez linię startu. Wiocha, straszna wiocha. Po co to „ktoś” robi? Żeby zapewnić nam bezpieczeństwo a może żeby nie patrzeć wstecz na przeszłość, do której tak tęsknijmy. Droga Policjo, My jesteśmy gotowi na takie ryzyko. Nie musicie Nas chronić. Chcemy zmienić prawo tak, aby te pojazdy mogły jeździć po drogach publicznych.
Taka rajdówka jest bardziej niebezpieczna dla siebie niż dla innych uczestników ruchu. Nawet, gdyby pojawiła się w niedzielę na drodze to czy jest większa szansa na to, że spowoduje wypadek? Teoretycznie tak, ale „dzwon” z zabytkową Deltą Integrale czy Sierrą jest tak możliwy jak wygrana w Dużego Lotka a może i jeszcze mniejsza. Na rajdzie taka szansa z pewnością jest jeszcze mniejsza. Fakt, istnieje, ale czy warto przejmować się tak małym prawdopodobieństwem? Nie, można je zaakceptować. To „znośny” wskaźnik.
Prawo czasem jest niedostosowane do czasów, w których jest stosowane (trudno inaczej to zapisać). Są kraje, gdzie auto z „kratką”, kubełkami i „Haldą” jest postrzegane jako zwykły użytkownik dróg. Jeżeli jest odpowiednio oświetlone to nikt nie wnika w jego specyfikację. Można jechać po drodze, wygrać rajd i wrócić do garażu na własnych kołach. Byle było zarejestrowane i ubezpieczone. Tak było kilkadziesiąt lat temu i nikt nie protestował. Ba, nawet przez moment było się sławnym w każdej wiosce, przez którą się przejeżdżało.
Fajne to były czasy. Tak „fajnie” może być i teraz. Żyjemy w ciekawych czasach. W czasach, kiedy część z Nas myśli już tylko „zerojedynkowo” – możesz lub nie możesz. Nie ma „może” lub „albo”. Grozi się nam karami, upomnieniami, aresztami za najmniejsze przewienia. Faktem jest, że łamanie prawa powinno być karane. Czasami warto je jednak „nagiąć”. W przypadku zabytkowych rajdówek to jest warte naruszenia przepisów. Te konstrukcje są jak seniorzy. Im się wiele wybacza. Ramen.
Podobne wpisy:
Koronawirusowe wakacje w samochodzie
Stat4U, czyli o ... statystyce w motoryzacji
Majówka z klasą
Narodowa elektryfikacja
Co nam pozostało z Mitsubishi?
Autonomiczny morderca 3 i 1/3
O zapomnianej rocznicy
O adopcji, związkach, przeszczepach i scenariuszach prosto z tureckich seriali
Kundel z jednym napędem

Z wykształcenia menedżer motoryzacji i informatyk, z zamiłowania historyk techniki i pasjonat starej motoryzacji. Maniak nowoczesnych technologii. Podobno zdolny autor tekstów (m.in. dla Continental Polska i Allegro). Czasem bloger i nauczyciel blogowania. Człowiek renesansu. Nauczyciel w zduńskowolskim „Elektroniku”.









