Szaleństwo Eugeniusza

przez | 2 października, 2023

Kariery przedwojennych celebrytów to wciąż nieodkryta karta w historii polskiego kina i teatru. Nie wszystko o nich wiemy. Wiele historii z ich udziałem jest wytworem dziennikarzy i nie wszystko co słyszymy lub czytamy jest prawdą. Jest jednak jedna historia z udziałem celebryty, która została dobrze opisana przez przedwojenne polskie gazety. To dokumentacja wypadku i procesu Eugeniusza Bodo – znane przedwojennego aktora, producenta filmowego i „przedwojennego amanta”.

Eugeniusz Bodo szybko dorobił się znacznych pieniędzy. Jednak dopiero w 1929 roku zdecydował się na zakup samochodu. Stał się właścicielem Chevroleta z miękkim dachem. Kupił go w połowie maja 1929 roku. Samochód nie był luksusowy – zwykła „kareta”, którą Bodo używał jako pojazd do codziennej jazdy. Prowadził sam, nie korzystał z usług szofera. Czy był dobrym kierowcą? Nie ma o tym żadnych danych – udokumentowanych mandatów czy spisanych notatek policmajstów. Zatem nie można spekulować na ten temat.

Niespełna dwa tygodnie po odebraniu pojazdu Bodo zabrał na wycieczkę swojego przyjaciela Witolda Rolanda i tancerkę Zofię Oldyńską oraz dwóch pasażerów. Jechali na Powszechną Wystawę Krajową do Poznania. Jechali w nocy. Światła nowego Chevroleta oświetlały drogę. Kolejnym przejechanym kilometrom sprzyjała „wesoła atmosfera”. W środku „towarzystwo” integrowało się za pomocą alkoholu, słychać było śmiech, śpiewy i nic nie zapowiadało tego, co wkrótce się wydarzy. Powoli zbliżali się do Łowicza. 

Samochód pokonywał zakręt za zakrętem. Jednak na jednym z zakrętów około 3 kilometry od Łowicza pojazd wypadł z zakrętu. Poruszający się z dużą prędkością (to można wywnioskować z relacji świadków) Chevrolet stracił przyczepność, wypadł z drogi, spadł z wysokości około 4 metrów prosto na dach wyrzucając na zewnątrz pasażerów. Jeden z nich – aktor Witold Roland został przygnieciony pojazdem. Na miejscu szybko dotarła pomoc. Nie, nie była to fachowa pomoc a po prostu mieszkańcy okolicznych domów.

Zdjęcie wraku Chevroleta

Źródło: „Głos Poranny”, 1.06.1929 r.

Roland został wydobyty spod wraku. Początkowo zapewniał, że nic mu nie jest. Według zeznań świadków krzyczał aby innych wydobyć innych pasażerów. Szybko pojawił się ból i aktor słabł z minuty na minutę. Okazało się, że ma złamany kręgosłup a wydobycie spod wraku przyczyniło się do kolejnych groźnych obrażeń. Roland, wówczas uznany aktor, zmarł. Zofia Oldyńska miała jedynie złamaną rękę. Dwóch pozostałych pasażerów – inżynierów Reczków (Michał i Marian) nie odniosło większych obrażeń. Wkrótce rozpoczęło się śledztwo.

To, co stało się w pierwszych godzinach 26 maja 1929 roku było najważniejszą informacją dnia. Rozpisywały się o tym gazety snując domysły o możliwych przyczynach wypadku. Bodo jeszcze tego samego dnia podjął próbę zagrania w spektaklu, jednak wszyscy widzowie zauważyli, że jest słaby i nie może nic mówić. Wkrótce zaczął się proces. Podczas procesu zeznawało kilku świadków. Dla sądu decydujące okazały się zeznania policmajstra, który zeznał, że od Bodo było czuć alkohol (tak twierdził niejaki Brzeziński) a puste butelki znaleziono we wraku pojazdu.

To ostatecznie obciążyło kierowcę. Inni świadkowie wskazywali na brak oznakowania drogi w miejscu wypadku. Reczkowie wskazywali, że tuż przed zakrętem jechali z prędkością około 60 km/h. Z wyliczeń biegłych wynikało, że średnia prędkość z całej trasy wynosiła około 70 km/h – zdecydowanie za szybko jak na pojazd tej klasy i stan ówczesnych dróg. Znaleźli się również „znawcy”, którzy kilka kilometrów przed zakrętem słyszeli pojazd jadący z dużą prędkością i wskazywali, że był to właśnie Bodo z „ekipą”. Składowi orzekającemu trudno było oddzielić fakty od zmyślonych informacji.

Nagłówki gazet z 1929 roku

Źródła: „Gazeta Lwowska”, „Robotnik”, „Głos Polski”

Po trwającym 3 lata procesie Bodo został skazany na pozbawienie wolności na 6 miesięcy w zawieszeniu na 3 lata. Ogłoszeniu wyroku towarzyszyła prasa, która szczegółowo opisała zachowanie oskarżonego oraz reakcję na wyrok. Okazał skruchę, opinia publiczna i środowisko aktorskie szybko zapomnieli o całym zdarzeniu. Bodo w tym czasie zajął się produkcją nowych filmów. Po tym wydarzeniu Bodo już nigdy nie wsiadł za kierownicę, korzystał z usług taksówek i wynajętych szoferów. Wypadek zmienił całe jego życie.

Według opowiadań innych aktorów (którzy go znali) po tym wypadku stronił od alkoholu i zupełnie zmienił sposób swojego życia. W tym czasie toczył się również proces wytoczony przez wdowę po Rolandzie, która zaskarżyła łowicki magistrat o brak oznakowania miejsca, w którym doszło do wypadku. W tym czasie trwały prace drogowe i przebudowa mostu. Według świadków na przebudowanym odcinku nie było ani znaków, ani zapory pomalowanej na biało. Ostatecznie biegli największą winę przypisali Bodo i to zmieniło się dopiero podczas apelacji w 1932 roku.

Zdjęcie z procesu

Źródło: „Ilustrowany Kuryer Codzienny” z 1932 r.

Według opinii biegłych Bodo nie był dobrym kierowcą. Uprawnienia do kierowania miał zaledwie od miesiąca. To mogło przyczynić się do wypadku. Kary finansowe ponieśli również inżynierowie pracujący przy rozbudowie drogi. Ostatecznie władze Łowicza również musiały przyznać wdowie po Rolandzie odszkodowanie. Ta część sprawy zakończyła się dopiero w 1938 roku. Do tego czasu wartość odszkodowania wraz z odsetkami wzrosła do 7200 ówczesnych złotych. Tak oto kończy się historia najbardziej opisywanego wypadku w historii II Rzeczypospolitej.