Autobusem przez przedwojenną Polskę, część pierwsza

przez | 22 stycznia, 2022

Już w XIX wieku przez terytorium Polski przechodziły trasy wieloosobowych karet, które drogami lądowymi przewoziły ludzi za stosowną opłatą. Ten rodzaj transportu był drogi i niebezpieczny. Podobnie jak na Dzikim Zachodzie – często dochodziło do napadów rabunkowych a podróż trwała wiele dni. W Krakowie przewozy konnymi omnibusami były powszechne już w 1875 roku. Wtedy zarejestrowano pierwsze przedsiębiorstwo omnibusowe. Koniec wieku XIX i pojawienie się pierwszych automobili spowodowało zastąpienie tych pojazdów pierwszymi omnibusami z napędem spalinowym lub parowym.

Na Ziemiach Polskich pierwsze spalinowe autobusy produkowano już w 1899 roku. Zaledwie kilka lat po konstrukcji Benza (jego wizja autobusu po raz pierwszy została pokazana w 1895 roku) w szczecińskich zakładach Stoewera podjęto się konstrukcji nadwozia autobusowego na podwoziu ciężarówki. Pojawiły się one na ulicach polskich miast w pierwszych latach XX wieku. Były to w większości inicjatywy pierwszych prywatnych przedsiębiorców i stanowiły raczej ciekawostkę niż stały element ulic. Najwięcej było ich na terenie Pomorza i obsługiwały głównie turystów.

Jednym z pierwszych przedsiębiorstw autobusowych była linia autobusowa Bertholda Pabsta w Szczecinie, która dowoziła mieszkańców nad kąpielisko. W tym celu zakupiono 5 autobusów z silnikami o mocy 10 KM. Trasę o długości 5 km autobusy pokonywały w 20 minut. Linia przetrwała 5 lat i została zlikwidowana w 1906 roku z powodu braku przystanków przy linii tramwajowej. Brak połączenia z innym przewoźnikiem był przyczyną wielu upadków takich firm. W tym czasie władze miast zaczęły rozważać powołanie miejskich spółek autobusowych.

Stoewer L4 – jeden z pierwszych autobusów kursujących po Ziemiach Polskich

Źródło: własne

Pierwsze próby wprowadzenia miejskiej komunikacji autobusowej podjęto w Warszawie. Zgodę na przetestowanie ich na ulicach Warszawy wydał car w 1909 roku. Pomysł okazał się zbyt ambitny – pojazdy były prawie cały czas w ruchu i często psuły się.  Chętnych nie brakowało, co wymusiło zwiększenie liczby połączeń oraz zakup dodatkowych maszyn. Dopiero w 1920 roku wznowiono regularne kursy po Stolicy. Inne miasta w tym czasie wyprzedziły Warszawę i jeszcze w czasie zaborów wprowadziły regularne kursy po mieście. Przykładem był Lublin i jego miejska spółka.

W 1912 roku w Lublinie uruchomiono pierwszą komunikację autobusową. Lubelska Spółka Samochodowa miała 3 omnibusy produkcji Benza. Te były uważane za trwałe i bezobsługowe, jednak pojazdy były intensywnie używane i często psuły się wzbudzając jednocześnie podziw gapiów i zażenowanie wśród pasażerów. W drugiej dekadzie XX wieku wokół Lublina zlokalizowano kilka podobnych spółek, z których największa zatrudniała 83 osoby i była w posiadaniu kilkunastu maszyn. Czy tylko Stoewer i Benz obsługiwał pierwsze linie autobusowe?

Autobusy Stoewera stanowiły niewielki procent. Więcej jeździło Berlietów, Benzów i Somua. Berliety trafiły do Polski już podczas I Wojny Światowej i były stałym widokiem na ulicach polskich miast jeszcze w latach 70-tych (ich kolejne generacje). Zupełną nowością były autobusy marki Somua, które w 20-leciu międzywojennym w dużej liczbie kursowały na terenie Warszawy i okolic. Były nie tylko nowoczesne, ale również solidne. Co ciekawe, do Warszawy trafiły egzemplarze z 4-cylindrowymi silnikami oraz jedna sztuka z silnikiem 6-cylindrowym.

Autobus marki Somua na ulicy Warszawy

Źródło: naszemiasto.pl

Cechą charakterystyczną tych autobusów była wysoka pozycja kierowcy oraz maska silnika wznosząca się pod dużym kątem. Somua ważyła 5,8 tony i mieściła 32 osoby. Była to wartość znaczna – większość autobusów kursujących po polskich ulicach mieściła 20-24 osoby. Somua była obecna na ulicach Stolicy jeszcze pod koniec lat 40-tych. Kursowały nawet podczas wojny, ale z 45 sztuk, które liczył tabor warszawskiego MPK wojnę przetrwały zaledwie 4 sztuki, po czym zostały zezłomowane z uwagi na brak dostępu do części. Jeden z autobusów Somua odbudował AB Car i w święta kursuje po ulicach Warszawy.

Czy w tym czasie produkowano polskie autobusy? W 1926 roku zaczęto montaż nadwozia autobusu na podwoziach ciężarówek marki Lancia. W ciągu dwóch lat zmontowano zaledwie 10 gotowych autobusów. Pojazdy zmontowano w Sanockim „Sanowagu”, miejscu, gdzie kilkadziesiąt lat później powstawały autobusy marki SAN. W Ursusie w latach 1928-1934 powstał Ursus AW, którego oparto na podwoziu pierwszej polskiej ciężarówki. Na prawdziwy „wysyp” polskich autobusów należało poczekać do lat 30-tych, kiedy na drogach pojawiły się Chevrolety i Fiaty.

Autobus polskiej produkcji – Ursus AW podczas kursu

Źródło: Samochody Świata

W zakładach PZInż na licencji Saurera powstawał Zawrat. Był to autobus mieszczący 50 osób. Alternatywą dla niego były importowane Skody i Henschele (niemiecki producent składów kolejowych, autobusów i ciężarówek). Rynek powoli zapełniał się i ilość połączeń wzrastała. O „złapanie” autobusu było łatwiej, ale jak wyglądała podróż przedwojennym autobusem? Na ulicach miast sieć przystanków była na tyle gęsta, że autobusy miejskie rozwijały najwyżej 30 km/h. W tym czasie siedzenia odmian miejskich nie różniły się od odmian długodystansowych.

Podróż autobusem międzymiastowym była wyzwaniem logistycznym. Bagaże mocowano głównie z tyłu i na dachu. Bagażnik w podłodze był wtedy pieśnią przyszłości. Sieć przystanków obejmowała dworce w miastach. Wsie były odcięte od zdobyczy komunikacji zbiorowej. Chcąc zaznać jazdy autobusem należało pokonać pieszo nawet kilkanaście kilometrów. Sieć dróg obejmowała głównie drogi gruntowe lub utwardzone kamieniami. Jakie prędkości rozwijano w takim terenie? Obciążony pojazd na takiej drodze rozwijał około 30-40 km/h, ale często prędkości były mniejsze.

Autobusy na parkingu dworca w Łodzi – rok 1934

Źródło: Narodowe Archiwum Cyfrowe

Przeprawę przez drogi pomiędzy mniejszymi miejscowościami można porównać do trudów jazdy po Amazonii w czasie ulewy. Autobusy grzęzły na podmokłych drogach gruntowych, na wybojach i „kocich łbach” często dochodziło do uszkodzenia opon lub zawieszenia. Pokonanie odległości 200-300 km z przystankami potrafiło zająć nawet kilkanaście godzin. Konkurencja w postaci kolei była lepsza. Autobusy przyspieszyły dopiero w latach 50-tych. Tymczasem za przejazd należało zapłacić, choć zdarzali się pasażerowie jadący „na gapę”. Ile warte było ryzyko jazdy na „gapę”?

Autobusem przez przedwojenną Polskę, część druga