To ile gramów sypiemy?

przez | 22 grudnia, 2024

Co jest najlepsze (najtańsze) do napędu naszego samochodu? Benzyna jest coraz droższa, olej napędowy również. Choć spalanie diesla jest średnio o 30% mniejsze to z kolei remont nowoczesnego, wysilonego silnika generuje astronomiczne koszty. Gaz, co prawda kosztuje połowę ceny benzyny, ale w dłuższej perspektywie też ma niekorzystny wpływ na kondycję silnika. Prąd, ogniwa paliwowe, energia słoneczna czy … nawet powietrze też mają wiele wad. Jest jeszcze jedno źródło napędu, które na szczęście nie zostało wprowadzone do obiegu.

W latach 40-tych człowiek odkrył i ujarzmił energię atomową. Po pierwszych udanych próbach z bombą atomową stało się jasne, że energia atomowa będzie miała szerokie zastosowanie. Stanie się także źródłem ogromnej mocy, dzięki czemu będzie można budować coraz większe statki morskie i powietrzne. Amerykańscy inżynierowie mieli bardziej ambitny plan – reaktor mógł służyć również do napędu samochodu, dzięki czemu „tankowanie” możliwe było po przejechaniu kilku tysięcy mil a nie co 300 – 400 jak w przypadku spalinowego silnika.

Na ten szalony pomysł nie wpadli domorośli znawcy, konstruujący swe wynalazki w szopie, ale … amerykański oddział Forda. W założeniach pojazd o takim napędzie miał mieć niewielki, zaopatrzony w wydajny system chłodzenia, reaktor (!). „Paliwo” w postaci uranu miało starczać na około 5 tys. mil, po czym należało je ponownie uzupełnić. Napęd był zminiaturyzowaną wersją tego, co znajdowało się na ówczesnych łodziach podwodnych. Nikt nie zadawał sobie pytania o przeniesienie tej ogromnej mocy na koła ani o ewentualne skutki kolizji.

Ford Mystere – widok z przodu

Źródło: carstyling.ru

Pierwszą wizją atomowego „krążownika szos” był Ford Mystere z 1955 roku. Prototyp imponował „galaktycznym wzornictwem” a tył wieńczyły dwie dysze podobne do tych w pojazdów turbinowych. Szklany dach i lotniczy kokpit wyróżniały prototyp na tle podobnych konstrukcji GM. Brakowało jeszcze sprawnego reaktora. Poza planami i obietnicami nie było nawet makiety reaktora, to miało się wkrótce zmienić, ale prace nad napędem spowodowały konieczność zmian wyglądu i proporcji pojazdu. Tak oto w 1958 roku pokazano nowy projekt.

Był to model wykonany w skali 1:18 i sylwetce nadwozia podobnej do tej znanej z Thunderbirda. Reaktor miał się znajdować w tyle nadwozia a bagażnik – z przodu. Pomimo prac nad miniaturyzacją napędu, ten nadal nie działał. Koszty projektu, który nazwano „Nucleon” rosły. Nawet jako zabawka nowy model nie działał a kierownictwo domagało się wyników. Ostatecznie po prototypie Mystere i Nucleonie pozostały jedynie zdjęcia. Nucleona można podziwiać jako miniaturę – powstały liczne kopie (spokojnie, bez mikroreaktora).

Rok przed „zabawką Forda” Studebaker pokazał prototyp o nazwie „Astral”. Przy nim pomysły Forda wydawały się przestarzałe. Tu również rolę napędu miał spełniać reaktor, ale prototyp bardziej niż krążownika szos przypominał połączenie śmigłowca i szybkiej łodzi motorowej. Tak, miał koła, ale w zasadzie tylko to łączyło go z samochodem. Wnętrze mieściło 4 osoby, nie było deski rozdzielczej a zegary i wolant do sterowania wyglądały jak przeniesione z samolotu lub z najnowszego katalogu radioodbiorników marki Brionvega.

Kosmiczne wnętrze Studebakera

Źródło: Youtube

Z racji kłopotów finansowych Astral nie został ukończony, nie udało się nawet zamknąć nadwozia szklanym dachem. Amerykańscy producenci przyznali, że taki napęd jest niemożliwy i wyprodukowanie takiego pojazdu nie będzie jeszcze długo możliwe. Tymczasem w Europie francusko – amerykańska Simca podjęła rękawicę rzuconą przez Forda i w 1959 roku pokazała prototyp o nazwie Fulgur o wyglądzie … poduszkowca z zamkniętym nadwoziem. Fulgur miał być wizją samochodu wprowadzonego do sprzedaży w 2000 roku.

Władze Simki zapewniały o bezpieczeństwie a do sterowania większością funkcji pojazdu miał służyć głos. Pojazd miał posiadać autopilota. Cechą charakterystyczną Fulgury były tylne skrzydła wzorowane na ówczesnych myśliwcach. Simca oczywiście nie wprowadziła swojego prototypu do produkcji, podobnie jak francuska marka Arbel (1951-1958), która w tym czasie opracowała założenia teoretyczne do napędu wykorzystującego … odpady z elektrowni atomowej. Model Symmetric miał być wyposażony w fluorescencyjne zderzaki.

Arbel Symmetric i Ford Satelite XXI (poniżej)

Źródła: curbsideclassic, Ford Heritage

Zderzak świecący w ciemności miał być ostrzeżeniem dla innych uczestników ruchu i informować o zbliżaniu się pojazdu o napędzie atomowym. W ten sposób próbowano uniknąć kolizji i rozszczelnieniu reaktora. Słuszna idea, w przeciwieństwie do prototypu Forda z 1962 roku, którego wzornictwo było hmm… dyskusyjne. Pojazd posiadał 3 osie, z czego dwie z przodu a dostęp do wnętrza był możliwy dzięki uchylnej szklanej kopule dachu  na wzór „skrzydeł mewy” i długim drzwiom. Oczywiście model nazwany Satelite XXI nie wyszedł poza pokazowy prototyp.

Idea nuklearnego napędu była obecna jeszcze w prototypach GM – seria Thunderbird miała w przyszłości być napędzana reaktorami w miejsce turbin gazowych. Niestrudzeni inżynierowie do końca lat 60-tych próbowali przekonywać, że miniaturyzacja reaktorów to szansa na „czystą motoryzację”. Ogromne koszty prototypów nie przekonały zarządów a te przy pomocy księgowych skutecznie studziły zapał wolnych umysłów. Ostatecznie – ani „Wielka Trójka” ani kilku innych producentów nie wprowadziło tego napędu do produkcji seryjnej.

Wbrew dzisiejszym obawom związanym z energią atomową pomysł był całkiem logiczny, gdyż w ten sposób zasięg pojazdów wzrósłby przynajmniej dziesięciokrotnie. Problem tylko w tym, jak zabezpieczyć reaktor tak, aby był odporny na zderzenia oraz wycieki chłodziwa. Dziś nawet duże reaktory są narażone na groźne awarie czego dowodem był Czarnobyl i Fukushima. Pomyślmy zatem, co byłoby gdyby każdy nasz pojazd był napędzany atomem? Dlatego też dobrze się stało, że ten, dość szalony pomysł nigdy nie został zrealizowany.