Dziś ostatni wpis w formie „felietonu” przed wakacjami. Ostatnio na wieść o odejściu naczelnego wodza TVN-u do Polsatu przypomniała się pewna osoba, której powiedzenia przeszły do języka polskiego. Połączyłem to ze znalezionym artykułem o „jaraniu zioła” i tak jakoś wyszło.
„Jaram się, że tu jestem” – to pamiętne słowa niejakiej Anny Bałon z pewnego programu stacji „tefałen”. Powiedzenie to przeszło do języka potocznego i dziś jest chętnie używane jako zachwyt miejscem, do którego właśnie przybyliśmy. Jak wiecie termin pochodzi od słów „jaram się”, które równie dobrze może oznaczać samozapłon lub wszystko, co kojarzy się z ogniem. Dlaczego taki wstęp? Ze względu na pewien artykuł naukowy, który podaje w wątpliwość szkodliwość „jarania” za kierownicą. Jakiego „jarania”? Oczywiście ziół dostępnych u sprzedawcy za rogiem.
W większości źródeł naukowych i pseudonaukowych „zioło” uważane jest za środek uzależniający, zmieniający światopogląd, powodujący zmiany w psychice oraz ogólnie szkodliwy. Zwolennicy „terapii ziołowej” twierdzą, że pomaga w terapii onkologicznej, na bezsenność i nawet na Alzheimera. W tym momencie należy sprostować, że powyższe zdania stanowią pewne uogólnienie. Dlaczego? Artykuł, na którego powołują liczni „specjaliści” naprawdę dotyczy tylko pewnego składnika „ziół” a mianowicie CBD. To nie jest to samo co „marycha”.
CBD to tylko składnik konopii, który stosowany jest leczniczo. Na fali popularności tego składnika wielu pacjentów stosuje go niemal do wszystkiego. Działa? I tak, i nie – zależy z czym jest stosowany. Tak samo może leczyć jak i powodować kolejne problemy zdrowotne. W wyniku badań ustalono, że jego stosowanie nie wpływa na zdolność prowadzenia pojazdów. Kto to udowodnił? Nie amerykańscy a australijscy naukowcy. Dzięki wielu różnym interpretacjom wyników pojawił się mit o tym, że „zioło” nie jest szkodliwe dla kierowców. A jest, o czym przypominają przepisy polskiego prawa.
Za nadinterpretację badań australijskich naukowców grozi grzywna, ograniczenie lub pozbawienie wolności. Słowem – wakacje na ulicy Cmentarnej lub Smutnej (ulubione adresy polskich aresztów) za „podjaraną jazdę” są niemal pewne. W szczegółach: do 3 lat bez prawa jazdy i maksymalnie 2 lata wakacji w ośrodku wypoczynkowym. Przymusowych wakacji pod nadzorem strażnika w pokoju wieloosobowym i kratami w oknach. Lepiej nie warto ryzykować. Szczególnie, że licho w krzakach przy drodze nie śpi.
Zioło w drodze?
Źródło: CNBS
Warto przypomnieć, że prawo jazdy po takiej wpadce trudno odzyskać a obecnie WORD-y muszą ograniczyć „cel zdawalności” z 30% na 15% lub 10% w celu zapewnienia sobie płynności finansowej. Tak, dobrze czytacie – egzaminatorzy nie kryją się z tym, że muszą wyrobić stosowne, nałożone przez przełożonych, normy. Nie ważne, że umiesz jeździć, masz zmieścić się w normie. Normę ustala ekonomia. Trzeba będzie „podchodzić” kilka razy, podobnie jak do zakupu nowego samochodu. To obecnie tak samo trudne jak zdobycie uprawnień do jego kierowania.
Wszystko przez brak elektroniki, przez którą nie można kupić nic nowego. Wypełnione niekompletnymi wyrobami produktami stoją na placu i czekają na kawałek krzemu, który ma Nas zatrzymać przed przeszkodą lub wydać rozkaz piszczenia przy każdej możliwej okazji. Dlaczego nie możemy kupić sobie i sami wyhamować? Nie, nie możemy bo Unia zakazuje sprzedaży niebezpiecznego pojazdu. Dziwne, bo na innych kontynentach mają to w … nosie i nie potrzebują zgody żadnej Unii. Po prostu nie ma takiego wyposażenia i można jeździć.
W Rosji nowe modele nie mają żadnego wyposażenia – bez ABS-u i poduszek można tam jeździć. Nawet (dzięki pomocy Zachodu) można kupić Ładę w wersji „saute” – bez niczego, co czyni ją (nie)wygodną i (nie)bezpieczną. I nikt nie zabrania jej sprzedać. Można? Można. Tymczasem w Europie nie można. Nie można kupić Mercedesów, BMW, VW, Fordów, Skód, Volvo i wielu innych. Nie można kupić niemal wszystkiego co nowe – oprócz Dacii, która nie potrzebuje tysiąca czujników i dzięki temu nie trzeba długo czekać. „Od ręki” to czas kilku miesięcy.
Trudno kupić w rozsądnej cenie nawet „coś” używanego. Dziś proste konstrukcje typu Punto czy Yaris trzymają cenę jak stary Rolls czy Mercedes a nawet drożeją bo jest na nie wielki popyt. Nawet Daihatsu podrożało a znaleźć takie bez grama rdzy graniczy z cudem. Ostatnio miałem okazję oglądać srebrną Materię, ale jej właściciel na mój widok szybko uciekł. Albo jestem taki straszny (wizualnie), albo po prostu wie co ma i nie chce sprzedać. Aż chce się zajarać z rozpaczy. Byle nie za kierownicą. Wakacje lepiej spędzić na wolności.
Na co warto jeszcze poczekać?
Na nowe wpisy, które wkrótce się pojawią. Tymczasem kilka następnych to filmy, DNA i odpowiedzi na listy w nowej formie. Wkrótce wakacje – czas odpoczynku, ale również czas tworzenia. W czasie, gdy powstają nowe teksty Mercedes 300 SLR zmontowany dla „Rudolfa” bije rekord aukcji osiągając absurdalne 135 mln euro. To jeden z dwóch zachowanych egzemplarzy. Pomyśleć, że można za to kupić 1500 Mercedesów klasy E…. Szaleństwo. Ktoś musiał być okropnie bogaty i chyba był pod wpływem zioła, że zainwestował takie pieniądze.
Link do artykułu:
https://rallyandrace.pl/cbd-jazda-samochodem-legalna/
Podobne wpisy:
Co nam pozostało z Mitsubishi?
Reklama motoryzacyjna w dwudziestoleciu międzywojennym
Arabska masakra 3 i 1/3
„Jak ja tego nie kupię to nikt inny ...”
O adopcji, związkach, przeszczepach i scenariuszach prosto z tureckich seriali
Bezpieczny jak "Beczka"
Handel żywym projektantem
Plastikowa japońska filozofia
WłONczamy niskie ceny

Z wykształcenia menedżer motoryzacji i informatyk, z zamiłowania historyk techniki i pasjonat starej motoryzacji. Maniak nowoczesnych technologii. Podobno zdolny autor tekstów (m.in. dla Continental Polska i Allegro). Czasem bloger i nauczyciel blogowania. Człowiek renesansu. Nauczyciel w zduńskowolskim „Elektroniku”.







