Świecisz sobie czy we mnie?

przez | 11 listopada, 2022

Ostatnio znowu dużo mówi się o oświetleniu pojazdów. Według licznych badań większość pojazdów poruszających się po polskich drogach świeci byle jak i byle gdzie. Dotyczy to zarówno pojazdów używanych jak i nowych wyposażonych w „mądre” oświetlenie naszpikowane diodami i silniczkami. Te „wynalazki” często bardziej oślepiają innych uczestników ruchu niż pomagają bezpiecznie przejechać w ciemnościach z punktu A do punktu B. Niby gdzie ten postęp?

Nigdzie. Historia oświetlenia pojazdów sięga czasów starożytnych – od pochodni na rydwanie przez oświetlenie gazowe w pierwszych automobilach aż po standaryzowaną żarówkę („H-coś tam”) – każdy typ oświetlenia miał jedno zadanie. Jednocześnie miał oświetlać drogę, nieść „krużganek drogowej oświaty” i po prostu działać. Nikt nie wymagał „cudów” od prostej rzeczy. Tymczasem dziś próbuje się z „czegoś” co ma nam ułatwić życie  zrobić „coś” co je zdecydowanie utrudnia. Skąd takie stwierdzenie?

Dawno, dawno temu

Źródło: AMiS

Wystarczy mijać się z pojazdem wyposażonym w taki wynalazek jadąc po dziurawej nawierzchni. Niektóre oświetleniowe cuda techniki wtedy zaczynają migać jak szalone. Słup światła podnosi się i opada oślepiając innych kierowców. To tak jakby jadący z przeciwnej strony drogi prosił aby wyłączyć „długie”, które przypadkiem mamy włączone. Znam to z własnego doświadczenia. Problem w tym, że zwykle wtedy jadę na „krótkich”. Zwykle, bo mam ochotę oświetlić delikwenta całą mocą reflektorów i odpłacić mu za świecenie prosto w oczy.

Nie, nie tylko z mocą małych reflektorów pewnego „Czerwonego Tostera”, ale również z mocą „Mieczysława Wielkiego” zaopatrzonego w dalekosiężne reflektory  od pewnego znanego producenta.  Jednak zwykle ignoruję takie zachowania i współczuję właścicielom drogich, plastikowych samochodów. Plastikowych, bo nowych, ładnych i będących komputerami na kołach. Drogich, bo wyposażonych w najnowszą technologię, która zwyczajnie zawodzi wtedy, gdy prowadzący taki pojazd zwyczajnie jej potrzebuje. Trochę to smutne.

Problem w tym, że inteligentne reflektory często produkuje się na chińskiej lub indyjskiej wiosce zabitej dechami. Tam ich produkcja kosztowała grosze a u nas ich wymiana kosztuje 5 tys. zł (a często nawet i dwa razy tyle). Często osadzone w nich diody nie są wymienne. Nie działają 3 z 50? Musisz wymienić wszystkie, nie dostaniej pojedynczego elementu. Tymczasem kiedyś tak nie było – wymieniało się zasobnik z gazem albo żarówkę i … jechało się dalej. Może ten system oświetlenia nie był zbyt „mądry”, ale był prosty i niezawodny.

Czasem zbyt mądre oznacza przekombinowane. To z kolei oznacza coraz droższe. Kiedyś reflektor jako nowa część był wyceniany na około 1-2,5% wartości pojazdu, dziś to już często 5% a to jego konstrukcja zamiast być coraz mocniejsza staje się plastikowym bublem wypełnionym milionem luster i silniczków. To miało działać, ale zwykle okazuje się drogim bublem oślepiającym innych uczestników ruchu. Tak, przedwojenne reflektory nie były idealne, ale przynajmniej niczego nie udawały. Były dziełem sztuki a nie technologii.

Współczesne reflektory

Źródło: Audi

Wtedy nie jeździło się szybko i brak miliona luster nikomu nie przeszkadzał. Żarówka czerpiąca prąd z 6-voltowej instalacji zwyczajnie … świeciła. Wąski i krótki słup światła podczas prowadzenia pojazdu wymagał większą uwagę i skupienie na drodze. Żarówka jednak nie oświetlała kosmosu. Jej mocowanie było solidne a konstrukcja nie miała w sobie plastiku. Nie było udawania, że wszystkiego jest więcej. Nie było potrzeby żeby konkurować na technologię. Piękne to były czasy. A teraz nie ma „czasów”.

Samochód powoli staje się robotem. Robotem, który musi mieć wszystkiego jak najwięcej. Po co? W jakim celu? Żeby mieć więcej. Nie po to żeby być lepszy, jeżeli już to żeby być lepszy od konkurencji. Konkurencja niestety jest lepsza tylko na papierze. W praktyce coraz więcej nowoczesnych pojazdów świeci byle jak i gdzie popadnie i raczej nie będzie poprawy. W tym nie pomaga żadna technologia. Nawet skrętne reflektory, które od czasów Citroena DS skręcały razem z kierownicą. Nie sterowała nimi żadna zawodna elektronika.

„Biultraflexhydridlighty” są przereklamowane. Podobnie cała dzisiejsza motoryzacja. Niestety może być tylko gorzej. Dziś nawet plastikowa Dacia Spring za 90 tys. zł jest odpowiednikiem Celerona na kołach. Działa tak sobie, świeci jako tako. Z pewnością jednak świeci lepiej niż elektryki warte milion. Tam często wkład reflektora trzyma się na słowo honoru i spokojnie „dynda” sobie na każdym wyboju. Dlaczego? Bo droga jest nierówna. Lampy są wspaniałe, wykonane w najlepszej technologii. Bzdura.

***

W dniu takim jak ten reflektory powinny świecić prosto i daleko. Nie, nie na drodze oślepiając przy tym innych kierowców. Powinny oświetlać flagę. Spróbujcie w ten sposób uczcić Święto Niepodległości i przez chwilę rzucić światło na polską motoryzację. Jej już prawie nie ma, ale słup światła z Poloneza oświetlający naszą flagę może choć na chwilę przypomnieć co straciliśmy. Oby tylko reflektory świeciły tam gdzie powinny a nie w kosmos. Kosmicznie jest wierzyć, że kiedyś będziemy mieć polską markę, ale taka wiara to również przejaw patriotyzmu.

Patriotyzm kierowców to również dbanie o innych uczestników ruchu. Zatem pamiętajcie o światłach i ich regulacji. Niech nie oświetlają dachu innego pojazdu ani kosmosu. Niech światła każdego pojazdu oświetlają drogę. Drogę do lepszej Polski – takiej z prawdziwymi „plusami”, bez plastiku i sztucznego chybotania na sztucznych wybojach. Tego Wam serdecznie życzę. Dbajcie o siebie.