{Ten tekst Autor pisze w pierwszej osobie bo po latach ukrywania się wreszcie jest znany z imienia i nazwiska}
Od kilku miesięcy szukam względnie małego samochodu, którym mógłbym pokonać 10-15 tys. km w ciągu roku szkolnego. Tak, dobrze przeczytaliście – szkolnego, gdyż taki pojazd służyłby głównie jako gimbus dla “Pana Profesora” i jego gratów (czytaj: materiałów na zajęcia). Czego chcę? To proste – ekonomicznego i niezawodnego malucha segmentu A lub B z benzynowym silnikiem bez „podtlenku LPG”. Diesel odpada, bo używany kilkuletni to gwarancja dużych wydatków a te przeznaczone są dla innego pojazdu.
Przy takim rocznym przebiegu ten litr paliwa więcej na 100 km wychodzi taniej niż naprawy drogich wtryskiwaczy, sprzęgła i koła dwumasowego czy wiecznie zapchanego filtra sadzy. Silnik benzynowy o małej pojemności, bez doładowania opakowany w japońską lub koreańską myśl techniczną będzie idealny. Ma być prosto i bez zbędnego luksusu a do tego względnie niezawodnie, bez niespodzianek. Tego chcę i tylko taki komunikat otrzymuje potencjalny sprzedawca gdy jestem zainteresowany jego ofertą.
Dlaczego nie mówię o cenie? Za każdym razem, gdy tylko przekraczam bramę komisu lub “placu handlarza Mirasa” to pierwsze o co mnie pytają to “do ilu Pan szuka?”. Odpowiedź na to pytanie to błąd klienta, który szuka w takim miejscu. Odpowiadam, że chcę “to lub tamto”, ale nie określam swojego budżetu. Sprzedawca od razu odchodzi i mówi zdawkowo – “niech sobie Pan ogląda”. To oglądam. Jest co oglądać i są to przeważnie … szroty. Tak, dobrze przeczytaliście – „szroty”, choć na pierwszy rzut oka tego nie widać, ale …
Miras i jego dwie połówki
Jak nazwać kilkuletni pojazd japońskiej marki, który ma przebieg poniżej 100 tys. km, ale ślady użytkowania wskazują na 3 razy tyle? Porysowane felgi aluminiowe pamiętają przygody z krawężnikami, spasowanie błotnika ze zderzakiem wskazuję na próby łączenia za pomocą argumentu siły a klej wystający spod dolnej krawędzi szyby czołowej to znak naprawy w stodole przy użyciu „wiedzy wuja Władka co niejednego Passata zespawał”. Profesjonalny „samochodowy szklarz” tak nie wykonuje swojej pracy. Co to za samochód?
To nie samochód, to żenada wyceniona na 17 tys. zł sprowadzona z Niemiec za 800 Euro (w najlepszym przypadku). Handlarze za taki pojazd więcej nie wydadzą. Według plotek większość pojazdów wycenionych na 10 tys. zł została zakupiona za 500 Euro i niedbale naprawiona. Po tym co zobaczyłem jestem w stanie w to uwierzyć. Pojazd, o którym mowa od kilku lat był widziany przeze mnie w kilku komiksach i placach ze złomem z Niemiec. Odpuściłem sobie tego szrota, choć z daleka wydawał się być „ósmym cudem świata”.
Odpuściłem sobie również takie “rodzynki” jak 15-letnia Astra za 13 tys. zł (fakt, złom ostatnio jest drogi) i 10-letnie Clio za tyle samo co Astra (nie mam syndromu szkokholmskiego). W kolejnych miejscach były takie “rodzynki” jak Tigra ze źle spasowanym dachem (tak, nadwozie tego typu jest podatne na wyginanie), Suzuki Alto wyremontowane po zderzeniu z meteorytem i Golf V z tylnym “sportowym” zawieszeniem (chyba wahacze się wyhaczyły). 10-letnie „UFO” udowodniło, że nawet w kosmosie jest rdza i trzeba używać szpachli.
„Autohaus klamot”
Jedynym dieslem, który mnie zainteresował był Auris z 1.4 D4D pod maską. Choć nie jest to „demon prędkości” to wydaje się być rozsądnym wyborem. Złamałbym postanowienia, ale po oględzinach nawet nie trzeba było przykładać miernika lakieru. Tyle szpachli nie mają na twarzy celebrytki z telewizji. Odpuściłem sobie. Było jeszcze zaniedbane Grande Punto po firmowej przeszłości, Getz, w którego „tyłek” uderzyło wozidło wiozące węgiel z kopalni i kilka Peugeotów – wszystkie z jednej bajki. Bajki o niemieckim szrocie.
Tymczasem w ogłoszeniach zaznaczam “pierwsza rejestracja w Polsce” i zamiast 500 ofert w promieniu 30 km od domu mam 35 ofert – głównie Pandy, Fabie, AVEO lub zajeżdżone Yarisy po firmach. To są ogłoszenia indywidualne, nie od handlarza. Tymczasem w promieniu 30 km jest kilkanaście miejsc, w których latami zalegają te same samochody. Czasem zmieniają miejsce postoju, ale klientów brak – nie, Ci mają pieniądze, ale są na tyle świadomi, że nie wybierają złomu z Zachodu. Być może to skutek wykładów „Profesora Micha”.
Pewna mądra nauczycielka matematyki ze szkoły podstawowej, która wykształciła kilka pokoleń uczniów, w momencie jak uczeń stojąc przy tablicy mówił, że „na oko to będzie tyle i tyle” odpowiadała – „na oko to są okulary”. Zawsze podkreślała, że ludzi należy uczyć dokładności bo tylko tak w przyszłości będą dostrzegać to, na co inni przestali zwracać uwagę. To dotyczy nie tylko matematyki, ale wszystkiego – nawet zauważenia rdzy, różnic w odcieniu lakieru, spasowania elementów. Choć mnie nie uczyła to jednak jej słowa zrobiły na mnie wrażenie.
Ja zauważyliście, podobnie jak większość klientów, również ja jestem świadomy istoty problemu szrotu, który próbuje się nam sprzedać jako ósmy cud świata. Wbrew temu co przeczytaliście, dokładnie wiem czego chcę. Nie zdradzę co to dokładnie ma być – podałem tylko pewien zakres, w środku którego znajduje się pewien niedoceniony w Europie model. Jest wzorem solidności, części do niego łatwo dostać a egzotyczna marka obniża ceny sprzedaży. Czy to koniec poszukiwań? Nie, wytrwały jestem …
Podobne wpisy:
Dlaczego Azjaci znają się na modzie?
O pijanych celebrytach i ich uprzywilejowaniu
Modnie, wygodnie, zaSUViście
"Jesteś tak drewniany jak Morgan"
Gorzkie żale na Święto Niepodległości
Rzecz o licznikowej nieskończoności i ... o skromności
Zamaskowany ninja w Matizie
Motoryzacja dla wszystkich
Pojemność, która wraca

Z wykształcenia menedżer motoryzacji i informatyk, z zamiłowania historyk techniki i pasjonat starej motoryzacji. Maniak nowoczesnych technologii. Podobno zdolny autor tekstów (m.in. dla Continental Polska i Allegro). Czasem bloger i nauczyciel blogowania. Człowiek renesansu. Nauczyciel w zduńskowolskim „Elektroniku”.








