Piszący te słowa ma szczególne hobby – lubi pojazdy nietypowe, które być może mają wiele wad, ale mają również „charakter”. Nie można wokół nich przejść obojętnie. Przykładem takich konstrukcji są modele Daihatsu. Mają one wiele wspólnego z Toyotą, ale mają więcej wad – plastikowe wnętrza spasowane bez większej staranności, kiepskiej jakości blachy czy zawieszenie, które nie znosi trudów podróży polskimi drogami. Czy pomimo tego Daihatsu można lubić? Można a posiadanie tych niezwykłych „wynalazków” to ciekawe motoryzacyjne doświadczenie.
Za co można lubić Daihatsu?
- za pojemne wnętrze, czego najlepszym przykładem jest Daihatsu Hijet, który od 1960 roku jest przykładem doskonałego planowania przestrzeni. Na długości ledwie przekraczającej 3 metry udało zmieścić się nawet 6 osób i kilka walizek albo dwie osoby i kilkaset kilogramów „różności”. Nigdy nie było synonimem bezpieczeństwa ani „demonem prędkości”, ale miało swój urok. We Włoszech znane było jako Piaggio i tam doczekało się mikrodiesla o mocy o mocy 38 KM. Dziś Porter jest znacznie większy od Daihatsu i jest zupełnie inną konstrukcją;
- za dzielność w terenie, czego najlepszym przykładem jest Taft z 1974 roku. Terenowy „Maluch”, który mógł wjechać niemal wszędzie. Do napędu użyto silników Toyoty o dużej, jak na taki pojazd, pojemności dochodzącej do 2,8 dm3. Dysponując mocą 69 KM nie był szybki, ale porównywalne konstrukcje marki Hope i Suzuki były słabe i nawet przy Tafcie wyglądały jak zabawka. Taft nie miał żadnych luksusów – brezent w tylnej części chronił pasażerów i bagaż przez deszczem. Dziś Taft to kei-car stylizowany na terenówkę;
- za popularność, czego najlepszym przykładem jest Charade, który od 1977 roku przez dwie dekady był tak popularny w Europie jak małe Toyoty. Prosta technika, oszczędne silniki oraz kilka wersji nadwozia czyniły Daihatsu popularnym w miejscu, gdzie rynkiem rządzili Francuzi i Niemcy. Daihatsu zaoferowało im nawet diesla, który potrafił jeździć „o kropelce” – słynna „litrówka” zużywała w trasie poniżej 4 litrów na 100 km. Charade wyparło z rynku Toyotę Starlet. Dopiero pojawienie się Yarisa przywróciło dawną pozycję Toyoty;
- za miniaturyzację, czego najlepszym przykładem jest Coure z 1980 roku i jego kolejne generacje. Kei-car, który przez wiele lat sprzedawano w Europie. Był dostępny z 5-drzwiowym nadwoziem i napędem na 4 koła. Pomimo długości 3,4 m udało się tak rozplanować wnętrze, że nie wydawało się ciasne. W środku wszystko było filigranowe – od małej kierownicy, przez przełączniki i zbyt krótkie siedziska. Był oszczędny, ale gdy miał źle wyregulowany gaźnik to wtedy palił nawet 8 litrów na „setkę”. Wersje ze sprawnym wtryskiem zużywały około 5 litrów;
- za rozwój, czego przykładem jest Rocky z 1984 roku. Następca Tafta miał hardtop, był solidniejszy i szybszy. Prześwit 210 mm był jedną z najlepszych wartości w klasie, głębokość brodzenia wynosiła solidne 60 cm. Ze 102-konnym dieslem nadal nie był szybki, ale na autostradzie mógł rozpędzić się do 130 km/h. W Indonezji, gdzie był popularny, zyskał odmianę przedłużoną z dodatkową parą drzwi. Popularność Rocky przełożyła się na rozwój kolejnych modeli – Ferozy, Freeclimbera i następcy całej linii terenowych Daihatsu – Teriosa;
- za luksus, który najlepiej reprezentuje Applause z 1989 roku. Kompaktowy sedan z silnikiem o wadze 98 kg i pojemności 1,6 dm3. Najbardziej luksusowe Daihatsu mogło mieć 4-biegowy „automat” oraz napęd na 4 koła. Tylna klapa podnoszona wraz z szybą była w wyposażeniu standardowym. Dwie poduszki i „pełna elektryka” była standardem, podobnie jak wysuwana elektrycznie antena (jak w Mercedesach). Luksusowe Daihatsu produkowano 13 lat, oferowano nawet zestawy tuningowe i tylną klapę tworzącą z niego kombi;
- za zawadiacki charakter, którego przykładem jest Move produkowane od 1995 roku. Wysoki i wąski, krótki, z cienkimi blachami, dużymi szybami i horrendalnie wysokim spalaniem sięgającym 7 litrów na „setkę” – to dużo jak na 42 KM mocy. Pierwsza generacja była sprzedawana w Europie i mogła być wyposażona w napęd 4×4. Faktem jest, że był wzorem wykorzystania przestrzeni, ale nie był stabilny przy wyższych prędkościach i niestety szybko się utleniał – rdza szybko atakowała japońskie blachy a zamienników w Europie nie można było dostać;
- za pozycję za kierownicą, czego najlepszym przykładem jest Sirion z 1998 roku a szczególnie jego druga generacja. Siedzisz jak w modnym crossoverze, wokół Ciebie kilka schowków a kierownica i zegary mają regulację na wysokość. Ciasno? Nic z tych rzeczy. Miejsca jak w kompaktowym MPV. Do tego wygodna tylna kanapa i dużo miejsca nad głową i pod nogami a to wszystko w samochodzie o długości 3,6 m. Doskonała widoczność w każdym kierunku. Wyprzedził modę i kilkanaście lat. Niestety, lubi szybko rdzewieć;
- za nawiązania do historii, co z pewnością znajdziemy w modelu Copen z 2002 roku. Mikroroadster z silnikiem od Yarisa (przynajmniej w Europie) i elektrycznie składanych hardtopem zdobył popularność w Holandii i Belgii. Całe 87 KM napędzające przednią oś nie czyniło z niego sprintera. Samochód wyglądał jak małe kabriolety z lat 50-tych a w jego wnętrzu było bardzo przytulnie (w racji jego „wąskości”). Nowoczesna interpretacja brytyjskich roadsterów dziś jest bardzo pożądana przez entuzjastów marki;
- za kubaturę, co najlepiej widać po modelu Materia z 2006 roku. Samochód o fizjonomii kilku złączonych ze sobą klocków, z małymi szybami, kanciastym przodem i względnie dużymi kołami skrywał pod karoserią technikę Yarisa. Mógł mieć napęd na 4 koła i „automat”. Mógł również przewieść pralkę lub niską lodówkę. Mały, praktyczny a przy tym o oryginalnym wzornictwie model był wzorem praktyczności w tym segmencie. Wariantem rozwojowym Materii była Toyota Urban Cruiser – Toyota w ten sposób chciała powtórzyć sukces Materii. Jednak nie udało się, gdyż była zbyt droga.
- Daihatsu Hijet
- Daihatsu Taft
- Daihatsu Charade
- Daihatsu Coure
- Daihatsu Rocky
- Daihatsu Applause
- Daihatsu Move
- Daihatsu Sirion
- Daihatsu Copen
- Daihatsu Materia
Tak, facet jeździ małym czerwonym, plastikowym „samochodzikiem”. Dlaczego? Bo lubi. Patrząc na nie nawet zły humor szybko przemija. Mały Sirion ma większość z wyżej wymienionych cech. Nie jest idealne, ale na parkingu można je szybko znaleźć. Często jest obiektem pytań ze strony gapiów. Jest też mobilnym monitoringiem i reklamą. Stara się być niezawodne, choć po „kuracji u motodermatologa za 5 tysięcy” będzie potrzebowało jeszcze „wizyty u motoortopedy” i kilku drobnych napraw. To nic, to po prostu cena za doprowadzenie tego egzemplarza do najlepszego możliwego stanu.
Dlaczego? Dlatego, że Daihatsu powoli znika z rynku. Od kilku lat krążyły pogłoski, że Toyota (właściciel pakietu większościowego akcji) chce zamknąć markę a w jej miejsce oferować modele pod własną. To byłaby wielka szkoda. Daihatsu przez lata dumnie prężyło na masce symbol, który złośliwi porównują do McLarena. Dlatego autor tego tekstu zamierza dbać o to małe czerwone „pudełko” aby służyło przez wiele lat i cieszyło swoim nietypowym kształtem przodu. Linia maski przypomina taki …. „stłamszony uśmiech” – niby nic śmiesznego a jednak wywołuje radość.
Diagnosta mówił, że „do Pana to autko pasuje”. Miał rację. Szukałem odpowiedniego egzemplarza ponad rok. Jest idealny.

Z wykształcenia menedżer motoryzacji i informatyk, z zamiłowania historyk techniki i pasjonat starej motoryzacji. Maniak nowoczesnych technologii. Podobno zdolny autor tekstów (m.in. dla Continental Polska i Allegro). Czasem bloger i nauczyciel blogowania. Człowiek renesansu. Nauczyciel w zduńskowolskim „Elektroniku”.
















