Wytrzyma czy nie? Czyli opowieść o solidności

przez | 14 sierpnia, 2023

W ostatnich dniach podglądałem test, w którym kilkudziesięciu ludzi sprawdzało wytrzymałość składanego telefonu. Oczywiście nie śledziłem zmagań minuta po minucie, ale przynajmniej raz dziennie podglądałem na jakim etapie testu produkt po prostu przestanie być funkcjonalny. Wtedy przypomniałem sobie o „czymś” czego nie publikują producenci pojazdów. Tym „czymś” są testy wytrzymałościowe. Od kilkunastu lat nie słyszymy, że „silnik bez awarii przejechał milion kilometrów” albo, że ” zawieszenie dopiero po stu tysiącach kilometrów zaczęło wydawać z siebie dźwięki”.

Gdzie zatem podziały się takie komunikaty? Odesłano je do lamusa. W tym procederze pomógł z pewnością dział marketingu i reklamy. Lamus zna przypadki takich testów. Najlepsze przykłady? Citroen i jego 300 tysięcy kilometrów w czasach, gdy automobile miały najwyżej pięciocyfrowe przebiegi czy Mercedes, który przejechał 852 tysiące kilometrów do pierwszego unieruchomienia. Można? Można było kiedyś licytować się na trwałość. Klient wiedząc, że produkt jest solidny po prostu nie potrzebował dodatkowych zapewnień i pędził z pieniędzmi do sprzedawcy.

„Beczka” – synonim trwałości

Źródło: Mercedes

Tak było nawet z „Dużym Fiatem”. Kiedy jechał po rekord pokonując kolejno 25 tysięcy kilometrów a potem tyle samo, ale mil zainteresowanie wyrobami z FSO nagle wzrosło. Fakt, cała ta „impreza” to była jedna wielka mistyfikacja, ale to przekonało klientów. Wtedy klient miał inne oczekiwania niż dziś. Zwracał uwagę na solidność mechaniki a nie na „przekaz dnia” i zamiast przejmować się czy działa mu Facebook przejmował się czy mu łożysko wytrzyma zanim zdobędzie kolejny zamiennik. Ten zwykle był słabej jakości, ale proces jego wymiany nie wymagał komputera.

Wystarczył młotek i kilka kluczy. To była jakość, ekologia i spełnianie wszelkich norm. Byli tacy producenci, którzy nie chwalili się swoimi „osiągnięciami”. Przykład? VW w latach 80-tych już nie publikował reklam, które z Garbusa i Transportera uczyniły wzorce toporności (w tym dobrym znaczeniu), ale ówczesne Golfy i Passaty przyjeżdżały do Polski z przekręconymi licznikami o 500 tys. km a mimo tego potrafiły bez większych awarii przejechać drugie tyle i dopiero przy przebiegach 300-400 tys. km wymagały inwestycji (chyba domyślacie się skąd ta dziwna matematyka?).

W latach 90-tych rynek zalały pojazdy proste, ale dopracowane do granic perfekcji. Nawet nasz Polonez względem egzemplarzy z lat 80-tych sprawiał wrażenie wykonanego z większą precyzją i zdawało się, że posłuży dłużej niż pierwszy „Borewicz”. Patrząc na niego można było dostrzec dobre spasowanie elementów, otwarcie drzwi, praca regulacji lusterek czy mechanizm ustawiania foteli – to wszystko było nie „jakieś” a zdawało się być coraz lepsze i to pomimo stopniowego upadku FSO. Czuć było, że w fabryce „ktoś” w pracę wkłada wszystkie swoje umiejętności i zaangażowanie.

Nawet mając kultowe „7 lat gwarancji” czuło się pewność, że silnik czy karoseria sprostają trudom długoletniej eksploatacji. Teraz jakby tego nie było. To zupełnie tak jakby „ktoś” celowo zepsuł to co dobre wciskając nam tandetę. Nie wierzycie w to co napisałem? Wybierzcie się do salonu i porównajcie ten sam model nowy z używanym, nawet z poprzednią generacją, a zobaczycie, że „solidność” to dziś pojęcie względne. Ta „prawdziwa” wybrała się na wycieczkę na Fidżi i zaginęła pozostawiając po sobie wspomnienia i legendy zapisane w gazetach motoryzacyjnych z I połowy XX wieku.

Szukacie dowodów?

Ostatnio oglądem nowe samochody. Byłem w salonie Fiata i patrząc na nową „500-tkę” zobaczyłem jak dziś rozumiana jest „jakość”. Autko prosto z fabryki a malowanie było … „średnie”, spasowanie elementów … „takie sobie” a całości dopełniał dźwięk 3-cylindrowego silnika, który nie brzmiał jak rasowe japońskie „litrówki”. Porównując nowy samochód z „500-tką” wyprodukowaną 10 lat temu można zauważyć, że starszy egzemplarz był wykonany solidniej – z większą starannością i dokładnością. Czy to oznacza, że w Tychach mają w nosie klienta? Nie, to ogólny trend.

To samo w Toyocie. Aygo X, które reklamuje się jako modnego miejskiego „kundla” ma we wnętrzu gołą blachę. Stare Aygo też miało, ale wykonanie tyłu i podwozia w tylnej części zasługuje na mocną „banię”. Plastiki wpychane na siłę, nierówne szczeliny i krzywe listwy ochronne. Całość za „bajońskie” 90 tysięcy złotych. Podobnie jest w innych markach – Skoda a nawet BMW potrafią złożyć samochód tak jakby montażu dokonali robotnicy przymusowi. Wreszcie – porównajcie sobie łańcuch rozrządu w 40-letnim Mercedesie i w nowym modelu z silnikiem o takiej samej mocy.

„Tył grozy” w Aygo X

Źródło: Toyota

Stare V8 i nowsze 4 lub 6 cylindrów. W starym solidny łańcuch – gruby, z porządnym mocowaniem ogniw. W nowym? Prawie jak w rowerze. Problem w tym, że rowerowy nie pasuje do Mercedesa. A szkoda, bo jest znacznie tańszy. Podobnych przykładów jest wiele i człowiek ma wrażenie, że „ktoś” ma jego rzeczywiste potrzeby w … nosie. Wszystko czego dotyka jest złożone „na odwal się”. Trudno odwalić się gdy decydujemy wydać swoje oszczędności. Wtedy oczekujemy wysokiego poziomu jakości. To coś, co daje pewność lepszą niż produkt pewnej firmy (Panie wiedzą jakiej).

Problem w tym, że tej pewności już nie ma. Z tego powodu nie ma ujawnionych testów trwałości nowoczesnej motoryzacji. Dawny 1.2 FIRE mógł przejechać 300 tysięcy kilometrów bez wyraźnych oznak zużycia. Czy nowa „litrówka” tyle wytrzyma? Podobnie silnik Toyoty a właściwie Daihatsu (bo w najmniejszych Toyotach to inny silnik niż w Yarisie), który kiedyś znany był z „idiotoodporności” i 400 tysięcy kilometrów nie robiło na nim wrażenia – pomimo trzech cylindrów i wszelkich wad związanych z takimi konstrukcjami (dziś już nie jest ekologiczny). Tymczasem sprzedawcy są zdziwieni, że słupki sprzedaży spadają.

Czy doczekamy się ujawnienia testów jakości nowoczesnych silników? O słodka naiwności. Pewnie, że nie. Podobnie jak ujawnienia testów innych elementów kluczowych do sprawności sprzedawanych pojazdów. Pozostanie jedynie śledzić opinie użytkowników. Nie wszystkie z nich są obiektywne, ale im bardziej się różnią, tym więcej dają do myślenia. W sumie lepsze to niż zapewnienia producentów o bezawaryjności wyżyłowanych silników. Te można włożyć między bajki. Szczególnie gdy poświęcimy chwilę na lekturę forum internetowego. Tam są prawdziwe skarby.

Gdy czytamy bardzo szczegółowe opinie to możemy zauważyć pewne prawidłowości. Im opinia nowsza tym wyraźnie gorsza dla opisywanej konstrukcji. Gdy czyta się o trwałości wynalazków typu pasek w kąpieli olejowej (resztki w smoku olejowym i zatarcia) to człowiek ma wrażenie, że jest oszukiwany. Przez kogo? To chyba jasne. Pomimo tego, że są wyjątki to niestety ogół nie pozostawia złudzeń co do zdania przedstawionego w tym tekście. Producenci na forach dla wszelkiej maści specjalistów nie udzielają się. Ciekawe dlaczego?